Południowy Sudan odbiera dywidendę

20-06-2007

Autor: David Rupiny z Arua (Uganda)

Biznes rozkwita  w regionie, napływają zagraniczni inwestorzy oraz międzynarodowa pomoc.

Podpisanie 2 lata temu porozumienia pokojowego, kończącego 23-letnią wojnę między południowym a północnym Sudanem daje coraz bardziej widoczne korzyści.

Niewielu przewidywało tak pozytywne skutki podpisania traktatu pokojowego -  Comprehensive Peace Agreement, CPA, 9 stycznia 2005 roku pomiędzy północną, arabską częścią kraju pod wodzą rządu w Chartumie, południową, zdominowana  przez ludność czarnoskórą reprezentowaną przez SPLM/A (Sudański Ludowy Ruch/Armia Rewolucyjna).

Minione miesiące przyniosły bezprecedensowe wydarzenia w południowym Sudanie i sąsiadującej północnej Ugandzie.

W południowym Sudanie , gdzie dominują chrześcijanie i animiści, biznes rozkwita w najlepsze. Drogi, szpitale, szkoły, pierwsze hotele, nowoczesne mieszkania i rezydencje powstają w miejscach dotychczas ogarniętych wojną. 

Dr Alfred Driwale, regionalny inspektor medyczny w okręgu Koboko, w północno-wschodnim rejonie Ugandy, przy granicy z południowym Sudanem , opisuje ruch na granicy jako “bezprecedensowy”. Ludzie przemieszczają się ze względów biznesowych jak i społecznych. “Nigdy w historii północnej Ugandy , południowego Sudanu i północno-wschodniego Kongo nie było tak wielkiego ruchu na granicy.” – dodaje.

Pokój w południowym Sudanie to wielka zachęta i impuls psychologiczny dla Sudańczyków z regionu, także tych dotychczas rozproszonych, którzy teraz czują, że wracają do ojczyzny.

“Bardzo ciężko jest żyć gdzie indziej, nawet jeśli masz tam to co potrzebne, ze świadomością iż nie możesz wrócić do domu, kiedy chcesz. Pokój jest wielkim dobrem dla Sudańczyków”- mówi Driwale.

Około 3 miliony Sudańczyków z południa stało się uchodźcami. Uciekali do Wschodniej Afryki, Europy, Ameryki Północnej i Australii. Ci, którzy wciąż mieszkają z dala od domu, przesyłają setki milionów dolarów swym rodzinom, krewnym na jedzenie, edukację i opiekę zdrowotną , pozwalając zakładać biznesy, lepiej żyć. 

W dodatku, obiecano ponad 6 miliardów dolarów pomocy zagranicznej na odbudowę powojenną, co czyni Jubę – stolicę południowego Sudanu najbardziej nieprawdopodobnie rozwijającym się miastem.

Przedsiębiorcy w nadziei na szybkie zbicie fortun, płacą 150-250 dolarów za noc na polach  namiotowym na brzegach Nilu, o nazwach takich jak Da Vinci, Oasis i Mango. Mają nadzieję na wykorzystanie nie eksplorowanych jeszcze pól naftowych, złóż złota, diamentów, urodzajnych gleb, wielkich tikowych lasów i niewykorzystanych łowisk ryb.

"Wyobrażam sobie, iż tak samo musiało być na Dzikim Zachodzie, kiedy odkryto tam złoto” – mówi Anis Pringle, partner w międzynarodowej firmie audytorskiej KPMG w Kenii, który dostarcza usług skarbowych ministrowi finansów Sudanu Południowego. "Prowadzimy ich księgi. Pełnimy również rolę agenta podróży, centrum przesyłek i wiadomości. Ale ostatnio głównie zajmujemy się transportem wielkiej ilości gotówki do Juby”.

Napływ pieniędzy jest tak duży, że bez wątpienia powoli zmieni oblicze miast i społeczności na południu Sudanu. Tak jak Juba -250 000 miasto, także inne centra jak Yei, Torit, Kajo-Keji, Nimule urbanizują się bardzo szybko. Kryte dachówkami i blachą domy wypierają zrobione z trawy i błota szałasy.

Dochody części rodzin także rosną, jednak prawdą jest, iż większość z nich wciąż tkwi w nędzy. Dla nich najpotrzebniejsze rzeczy jak jedzenie, woda czy leki to luksus. Masowy  napływ kapitału znajduje się w rekach wąskiej grupy polityków i urzędników. 

Jednak wraz z pokojem, kierunek przelewu handlowego całkowicie się zmienia.

Podczas wojny domowej, Juba była garnizonem kontrolowanym przez armię północną. Towary przychodziły z Chartumu , stolicy Sudanu oddalonej o 1600 km, wojskowymi barkami lub samolotami. Broń i amunicja dzieliła pokład wraz z kratówkami Coca-Coli

Wojskowi kontrolując handel czerpali niebywałe zyski, co wywoływało dogłębne i trwałe niezadowolenie wśród „południowców”. „To nie była nasza-Afrykańska żywność” – mówi  Grace Okello, laicki pracownik w kościele w Jubie. "To była żywność Jallaba [arabski handlarz), soczewica i inne były tak zgniłe, że trzeba było wyrzucać z nich robaki.”

Teraz dobra płyną z Kenii i Ugandy w ramach Programu Żywnościowego ONZ i niemieckiej organizacji GTZ budującej 3000km dróg o wartości ponad 200 milionów dolarów, by podtrzymać ten kierunek handlu.

Jednak towary napływające z Ugandy i Kenii sprzedawane są po wysokich cenach. Masowa niemożność zaspokojenia potrzeb powoduje, że ceny windowane są niesamowicie. Butelka wody mineralnej to koszt 2 dolarów - dziesięć razy więcej niż w Ugandzie. Wszystkie ceny są przynajmniej trzykrotnie wyższe.

Te okoliczności pozwalają uznać z prawdopodobną decyzję ludności południowego Sudanu o odłączeniu się od Chartumu i ustanowieniu nowego państwa – Sudanu Południowego . Referendum w tej sprawie, którego przeprowadzenie jest jedną z kluczowych klauzul CPA, przeprowadzone ma być w roku 2011. W lipcu wycofane mają być wojska rządowe z południa kraju.

Duża irytację Chartumu wzbudziła decyzja rządu Południowego Sudanu o zakazie czterem bankom - Omdurman National Bank, Bank of Khartoum, Faisal Islamic Bank i Farmers Bank – praktykowania bankowości islamskiej w Jubie i innych centrach Południa.

Nie mogąc pogodzić się z decyzją administracji Juby o dopuszczeniu jedynie konwencjonalnej bankowości, banki z północy kraju całkowicie wycofują się z południa. Juba zagrała na nosie Chartumowi, który teoretycznie kontroluje cały rozkwitający przemysł naftowy, poprzez zezwolenie brytyjskiej firmie naftowej - White Nile- na wykonanie odwiertów na powierzchni 67 000 kilometrów kwadratowych. Teren ten obejmuje sporny obszar, gdzie przebiegać ma granica pomiędzy północnym a południowym Sudanem. Chartum przeznaczył ten teren dla francuskiej firmy Total.

Juba nałożyła też rygorystyczne warunki na jedną z ulubionych firm Chartumu - malezyjski Petronas. Wiceprezydent Południa Riek Machar stwierdził, iż Petronas musi zatrudnić więcej „południowców”, zamówić niezależną ekspertyzę odnośnie wpływu jej działań na środowisko, zmieniać podejście do rozwoju społeczności i zrezygnować z ochrony żołnierzy rządowych.

Handlarze w północnej Ugandzie czerpią znaczne profity z odradzania się południa Sudanu. W Arua, koło granicy Sudanu i Demokratycznej Republiki Konga za przywiezienia ciężarówki cementu, benzyny czy innych towarów do oddalonej o 400 km Juby kierowca ma zysk „na czysto” 5 000 $ za kurs.

Jedną z zagadek południowego Sudanu stanowi fakt , iż choć wszystko jest drogie, to telefony satelitarne są najtańsze w całej Afryce. W Jubie, Yei i innych dużych miastach można napotkać wiele osób spacerujących z telefonami satelitarnymi Thuraya, które kosztują około 700 $.Niektórzy mają po dwa lub trzy telefony.

Ugandyjczycy, Kenijczycy i Etiopczycy zakładają różne biznesy w miastach południowego Sudanu jak na przykład prowizoryczne hotele , butiki czy firmy budowlane. Czerpią gigantyczne zyski. Jednak niewielka część tych pieniędzy jest inwestowana w regionie. Większość jest zabierana do krajów inwestorów.

W Jubie dobrze zarabiają także taksówkarze z Ugandy. Narzekają na to podróżni w Kampali - stolicy Ugandy gdzie z tego powodu nastąpił deficyt taksówek.

Viola Sanko – była dyrektorka szkoły w Kampali zbija mała fortunę dzięki białej cysternie Isuzu, w którą zainwestowała wszystkie swoje oszczędności. Wraz z dwunastolatkiem, któremu płaci 5 $ za kurs jeździ nad brzeg Nilu, pompuje 700l wody do swojej cysterny i wiezie ją do domów i instytucji w Jubie. Po czym wraca z powrotem nad Nil. Zysk 950% na każdym kursie daje Sanko powody do zadowolenia: ”W Kampali musisz kraść jeśli chcesz mieć 900$ dziennie, tutaj zarabiam dwa razy tyle”. Ugandyjski biznesmen Buker Kakondah zajmujący się alkoholami określa południowy Sudan jako tak ogromny rynek, że on i jego koledzy nie są w stanie zaspokoić jego potrzeb. Mówi, iż jego sudańscy klienci płacą mu z wyprzedzeniem, gotówką ,wywierając jeszcze większą presję by zwiększył dostawy.
Pomimo tej presji na dostawy, Kakondah twierdzi, iż jego firma jest w stanie się rozwijać i wzmacniać swą pozycję na tyle, że jej produkty są silnie widocznie nie tylko w południowym Sudanie, ale i w sąsiednim Kongo i odległej o 1000 km Republice Środkowoafrykańskiej.

Tak jak firma Kakondaha większość zagranicznych firm jest po prostu zalewana zamówieniami na towary i usługi w południowym Sudanie. Jedną z konsekwencji tego jest brak w samej północnej Ugandzie produktów takich jak cukier, artykuły budowlane i żywnościowe, paliwo, które są wywożone za granicę. Tym samym ceny w Ugandzie gwałtownie wzrastają.

Richard Edemacu prezes ugandyjskiej izby handlowo-przemysłowej w Arua mówi, iż boom oznacza iż jego przedstawiciele zwabiają do miasta inwestorów, dla których południowy Sudan jest celem. Jednakże nie wszytko jest takie proste. Głównym problemem jest bezpieczeństwo. Od podpisania CPA nie podjęto próby rozbrojenia walczących. W konsekwencji region zalany jest nielegalną bronią. Łatwo pociągający za spust sudańscy żołnierze zabili już dziesiątki obcokrajowców, a do ataków zbrojnych gangów dochodzi nawet na głównych drogach. Emmanuel Chaku Joseph, 28-letni sudański kierowca pracujący dla WFP (Światowy Program Żywnościowy) był jednym z pechowców. Wioząc niemieckiego inżyniera wynajętego przez WFP do budowy drogi między Jubą a Toritem, 135 km na wschód od południowej stolicy, został napadnięty przez nieznaną uzbrojoną grupę. Niemiec uszedł bez szwanku, ale Joseph zmarł, a troje innych pasażerów zostało rannych. WFP zatrudnia 420 osób w południowym Sudanie, większość z nich to Sudańczycy. WFP żywi obecnie 2 z 6 milionów Sudańczyków. Setki innych obcokrajowców zostało aresztowanych lub przepadło bez śladu.

I podczas, gdy obcokrajowcy są mile widziani jako dostawcy towarów i usług, panuje jednocześnie anty-zagraniczna atmosfera. Np. ponad 100 Kenijczyków zostało deportowanych w zeszłym roku. Zagraniczne biznesy są czasami samowolnie zamykane. Dr Drwale mówi, iż delegowany Rząd Południowego Sudanu potrzebuje szybko wpoić dyscyplinę wojskowym i urzędnikom, którzy zaadoptowali styl bycia „ponad życiowy”: „Inwestują w biznes, kadry i opiekę socjalną, lecz nie wiem jak bardzo inwestują w dobre rządzenie i politykę.” Bez dobrego rządu nowe problemy w przyszłości są nieuniknione –ostrzega.

Jednak obecnie przepływ handlu z Kampali - stolicy Ugandy poprzez Aruę do Juby jest tak duży, jaki był nie do pomyślenia rok czy dwa lata temu, gdy musiał przechodzić przez tereny objęte ugandyjskim powstaniem.

Dr Driwale i inni przewidują, że w kolejnych latach północna Uganda, Południowy Sudan i pobliskie północno wschodnie Kongo i północno-zachodnia Kenia urosną w ekonomiczny centrum, które napędzi bezprecedensowy rozwój w poprzek zacofanej Afryki.. „Obszar ten w poprzek czterech granic zamieni się we wspólny rynek i wspólne miejsce dla nas wszystkich. Oni [Sudańczycy, Kenijczycy, Kongijczycy] przyjdą tutaj i my tam pójdziemy, i tam będzie rozwój.”  


David Rupiny jest współpracownikiem Institut for War and Peace Reporting w Ugandzie.

Tłumaczenie:
Andrzej Kaniewski


Copyright by © 2006 by e-polityka.pl - Pierwszy Polski Serwis Polityczny. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.