Generalnie sama idea nie jest głupia, tylko jest wprowadzana, jak zwykle w przypadku Romana Giertycha, w pośpiechu, w błysku fleszy, nakierowana na zdobycie paru głosów proreligijnych wyborców, z których, jak sądzę, znaczna większość nie pamięta szkolnych czasów. A gdyby ów pomysł dopracowano, mógłby powstać doprawdy interesujący projekt.
Po pierwsze – należy zmienić przedmiot i zamiast religii wprowadzić religioznawstwo. Cytuję za Wikipedią: „religioznawstwo - zespół nauk o religii, których podejście – w odróżnieniu od teologii i do filozofii religii – charakteryzuje się antropologicznym, empirycznym, a więc porównawczym stosunkiem do przedmiotu badań”. A zatem chodzi o to, by w polskiej szkole uczeń uczył się o historii religii w pojęciu globalnym, a nie wkuwał teksty modlitw i Dekalogu na ocenę.
Po drugie – tak rozumiany przedmiot należy uczynić obowiązkowym, stworzyć program nauczania, wydać konkurencyjne podręczniki i wyszkolić „cywilnych” wykładowców. Tylko wówczas logicznym jest wystawianie oceny przedmiotowej i wliczanie jej do średniej. Ponadto, wprowadzając obowiązkowość przedmiotu pod nazwą religioznawstwo pozbywalibyśmy się balastu innego przedmiotu – etyki, która miała być wykładana dla osób nieuczęszczających na nieobowiązkową religię. Sytuacja jaka jest, każdy widzi – etyki nie naucza się niemal nigdzie, a piszący te słowa musiał przez cztery lata „ogólniaka” sam organizować sobie czas podczas lekcji religii, które, rzecz jasna, były lokowane w planie lekcji w środku dnia. Innymi słowy, polska szkoła w połowie lat 90. ubiegłego stulecia nie zapewniała efektywnej opieki wychowawczej ateistom i innowiercom. Inna sprawa, że nadal nie zapewnia…
Jeśli wszystko to zostanie zmienione, przyzwolenie na wliczanie oceny z religioznawstwa wydaje się całkiem łatwe. Dziś trudno sobie wyobrazić, by ocena z modlitw i nabożeństw, jakimi de facto są lekcje religii w obecnej formie, miała być wliczana do średniej. Choćby dlatego, że jest to przedmiot nieobowiązkowy i jawną niesprawiedliwością byłaby przewaga uczniów uczęszczających. A „przewaga” dlatego, gdyż nadzwyczaj łatwo otrzymać wysoką ocenę z tego przedmiotu, choć księża i katecheci dokonują cudów, gdyż oceniają to, czego, w moim przekonaniu, nie da się ocenić. Mają chyba jakieś układy z Niebem…
W takim razie tandem Giertych-Orzechwoski powinien zakasać rękawy i wziąć się do roboty, by przed końcem kadencji coś w kierunku uruchomienia nowego przedmiotu zrobić. Jeśli jednak urzeczywistni się ich postulat, by ocenę z „dzisiejszej” religii wliczać do średniej, będzie to kolejny krok ku państwu wyznaniowemu.
Co zresztą jest celem Giertycha i jego pobratymców…