Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Artykuły - Świat / Sprawy globalne / NATO w kryzysie               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
NATO w kryzysie 

21-06-2005

  Autor: Bartłomiej Telejko

Napięte relacje pomiędzy USA a Europą, jakie panują już od dłuższego czasu, skłaniają do refleksji na temat funkcjonowania najtrwalszego sojuszu transatlantyckiego. Chodzi oczywiście o NATO. Zaistniała sytuacja grozi poważnymi konsekwencjami. Może się zdarzyć, że owe nieporozumienia będą niekorzystnie wpływały na współpracę w ramach Sojuszu. Byłby to poważny błąd, który zaowocowałby naruszeniem jednego z filarów stosunków transatlantyckich. Jak NATO, które istnieje już ponad pół wieku, znosiło konflikt pomiędzy USA a Europą? Czy poradzi sobie z nim w obecnej sytuacji?

 

 

Trudne początki

Współpraca Ameryki z Europą w ramach Sojuszu nigdy nie należała do najłatwiejszych. Chodziło o to aby pogodzić dominującą rolę tej pierwszej z wielkimi ambicjami drugiej. Już w początkowej fazie istnienia NATO Stary Kontynent pokazał skalę swoich aspiracji. W rok po powstaniu Sojuszu (powołano go do życia dokładnie 4. IV. 1949 roku, podpisując Traktat Waszyngtoński) próbowano znacznie ograniczyć jego rolę. Postulował to, chociaż oczywiście nie bezpośrednio, tzw. Plan Plevena. Kiedy w 1950 r. pojawiły się sugestie dotyczące ewentualnego przystąpienia RFN do Paktu Północnoatlantyckiego rząd francuski wystąpił z własną inicjatywą utworzenia wspólnej armii europejskiej.

Przyłączenie demokratycznych Niemiec do NATO i zagwarantowanie mu bezpieczeństwa były czynnikami, które miały ostudzić ekspansywną politykę ZSRR. Jednak Plevenovi nie podobało się to, że niemiecki militaryzm miał odradzać się pod auspicjami Sojuszu. Francuski premier zauważał słusznie, że tworząc „ponadnarodową armię europejską”, Stary Kontynent miałby większą możliwość kontroli nad odtwarzaniem niemieckiej potęgi zbrojnej.

Plan Plevena stał się podstawą inicjatywy Europejskiej Wspólnoty Obronnej (EWO), mającej objąć kraje Beneluksu, Francję, RFN i Włochy. Projekt ten nigdy nie wszedł jednak w życie. Paradoksalnie stało się tak dzięki odrzuceniu go przez parlament francuski. Francja zyskała jednak pozycję głównej europejskiej „buntowniczki” w NATO. Apogeum tego buntu stanowiło wyprowadzenie przez prezydenta de Gaulle'a w 1966 r. swego kraju ze struktur wojskowych Sojuszu.

W miarę jak ZSRR dorobił się w swoim arsenale zbrojeniowym broni nuklearnej, a potem technologii zdolnej przenosić ją na znaczne odległości Europa doszła jednak do wniosku, że innej alternatywy niż NATO dla bezpieczeństwa kontynentu po prostu nie ma. W 1955 r. do Sojuszu przystąpiła RFN, a wcześniej, już w 1952 r. Grecja i Turcja. W 1954 roku powstała jednak Unia Zachodnioeuropejska, której celem było rozwijanie współpracy militarnej państw członkowskich. W skład Unii weszły: Belgia, Francja, Holandia, Luksemburg, RFN, Wielka Brytania i Włochy. Organizacja ta nie odgrywała praktycznie żadnej roli przez ponad czterdzieści lat. NATO stało się głównym organem współpracy pomiędzy sojusznikami po obu stronach Atlantyku. Stan ten miał ulec gwałtownej zmianie, kiedy to państwa członkowskie Sojuszu musiały zmierzyć się z całkiem nowymi międzynarodowymi realiami.

Po ponad czterdziestu latach uśpienia UZE znowu dała o sobie znać. W latach 1987 - 1988 podjęła się ona misji rozminowywania wód Zatoki Perskiej po wojnie iracko - irańskiej, a w 1990 roku uczestniczyła w blokadzie morskiej Iraku po inwazji na Kuwejt. Poprzez takie działania Europa jasno dawała do zrozumienia, że do tematu roli jaką odgrywa ona w NATO trzeba będzie powrócić. Zwłaszcza w kontekście zmian zachodzących na arenie międzynarodowej na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Zdefiniowanie się na nowo

W wyniku zaistniałych okoliczności powstało pytanie o zasadność dalszego istnienia NATO. Państwa członkowskie, zdając sobie z nowych wyzwań, jakie przed stanęły nimi postanowiły jednak dalej ze sobą współpracować, a ponadto dostosować Sojusz do warunków w jakim przyjdzie mu funkcjonować w XXI wieku. Wyrazem takiego myślenia była nowa „Koncepcja strategiczna” przyjęta na w 1991 r. na szczycie w Rzymie. Opracowanie tego dokumentu to pierwsze wspólne zwycięstwo Europy i Ameryki w postzimnowojennym świecie. Okazało się, że Sojusz nadal ma pełnić ważną rolę, wykraczającą w dużym stopniu poza militarny aspekt jego istnienia.

To wszystko wymusiło na sojusznikach ponowne zdefiniowanie swoich pozycji w zmienionym NATO. Na forum publicznym stanęła kwestia jak utrzymać zaangażowanie amerykańskie na Starym Kontynencie, przy jednoczesnym wzroście roli Europy w Sojuszu. Po raz pierwszy problem ten pojawił się oficjalnie pojawił się właśnie w nowej „Koncepcji Strategicznej” z 1991 roku. Wspomniano tam o działaniach Wspólnoty Europejskiej, mających na celu „osiągnięcie unii politycznej, w tym wykształcenie europejskiej tożsamości w dziedzinie bezpieczeństwa, a także zwiększenie roli Unii Zachodnioeuropejskiej”. Dostrzeżono istotne znaczenie rozwoju europejskiej tożsamości w dziedzinie bezpieczeństwa, który „będzie nie tylko służył interesom państw europejskich, lecz także wzmocni integralność i skuteczność Sojuszu jako całości”. Wszyscy byli zgodni co do tego, że pozycja Europy w NATO powinna ulec wzmocnieniu. Kontrowersje budziły propozycje, mówiące w jaki sposób ma się to dokonać.

Amerykanie chcieli, żeby Europejska Tożsamość w Dziedzinie Bezpieczeństwa i Obrony (ESDI) była budowana w oparciu o struktury i funkcjonowanie Sojuszu Północnoatlantyckiego. Uważali, że będzie to rozwiązanie najkorzystniejsze dla obu stron, pozwalające na skonstruowanie najbardziej efektywnej formy współpracy.

Gorąca dyskusja na temat tego w jaki sposób zaakcentować swoje znaczenie w NATO rozgorzała natomiast wśród samych Europejczyków. Dwie skrajnie różne opinie prezentowały Francja oraz Wielka Brytania. Ta pierwsza chciała znacznego uniezależnienia się Europy od zdominowanych przez USA struktur NATO, druga natomiast opowiadała się za tzw. opcją atlantycką. Trwająca całymi latami dyskusja doprowadziła do utworzenia w 1994 r. Połączonych Sił Wielonarodowych do Zadań Specjalnych (CJTF). Powstanie tychże było wyrazem kompromisu pomiędzy stanowiskami prezentowanymi przez dwa wspomniane państwa europejskie.

W Brukseli, gdzie odbywał się szczyt NATO, zdecydowano również, iż Unia Europejska oraz UZE otrzymają możliwość wykorzystania jego zasobów na potrzeby własnych operacji jeśli zwrócą się o to do Rady Północnoatlantyckiej (NAC). W Deklaracji Brukselskiej określono te zasoby jako dające się wydzielić, ale nie oddzielne ("separable but not separate"). W stwierdzeniu tym zawarto informację na której bardzo zależało Ameryce mianowicie, że wzmacnianie europejskiej pozycji będzie odbywać się w ramach NATO. Gwarantowało to, że nie dojdzie do dublowania struktur wojskowych i cywilnych Sojuszu przez Europejczyków. Co do Europy to jej rola wobec powziętych tam ustaleń miała wzrosnąć w sposób niepomierny do pozycji jaką zajmowała wcześniej. Widzimy więc, że ustalenia z brukselskiego szczytu NATO satysfakcjonowały obie strony.

Niestety zaraz po zamknięciu obrad dały o sobie znać dawne animozje. Znowu rozgorzał spór, tym razem o interpretację postanowień deklaracji, które rzeczywiście były sformułowane zbyt ogólnikowo. Francja stała na stanowisku, że Europejczycy powinni móc prowadzić własne operacje wojskowe bez udziału USA, lecz z wykorzystaniem ich sił zadeklarowanych na potrzeby NATO. Takiemu stawianiu sprawy sprzeciwiała się stanowczo Ameryka, która pragnęła podkreślać centralną rolę Sojuszu. Można więc powiedzieć, że próba realizacji nowej koncepcji współpracy pomiędzy Ameryką i Europą nie powiodła się.

Polityczny przełom nadszedł dopiero w 1996 roku podczas spotkania Rady Północnoatlantyckiej w Berlinie. O dobrych stosunkach panujących w tym okresie pomiędzy Ameryką a Europą może świadczyć zgłoszona przez Francję chęć powrotu do struktur wojskowych NATO (z czego ostatecznie nic nie wyszło).

W komunikacie berlińskim jasno dano do zrozumienia, że budowa Europejskiej Tożsamości w Dziedzinie Bezpieczeństwa i Obrony będzie rozwijana w ramach Sojuszu. Zdecydowano również, że działanie jakie podejmie Europa nie będą stanowiły próby utworzenia organizacji konkurencyjnej wobec NATO. Powtórzono także, zapewnienia o możliwości skorzystania Europy z jego zasobów. Koordynatorem ewentualnych działań miała zostać UZE. Koncepcja Połączonych Sił Wielonarodowych do Zadań Specjalnych po dwóch latach ruszyła wreszcie z miejsca.

Przełom ?

Napięta sytuacja z jaka panuje ostatnio pomiędzy USA z Europą daje nam jednak nadzieję na polepszenie wzajemnych stosunków. Według mnie można na to liczyć z trzech powodów.

Najistotniejszy według mnie to wzrastająca rola Unii Europejskiej na arenie międzynarodowej. UE, przy bardzo wielu niedoskonałościach, z których musimy zdawać sobie sprawę, pozostaje najbardziej prężną organizacją na naszym kontynencie. Żadna inna wspólnota skupiająca państwa europejskie nie ma w sobie takiego potencjału. Jest to jedyny podmiot, który w dłuższej perspektywie może stać się partnerem dla USA. Trzeba dołożyć wszelkich starań, aby do tego doprowadzić.

Można uznać, że pierwsze kroki zostały już w tym celu podjęte. W 1998 roku w St. Malo odbył się szczyt z udziałem dwóch najważniejszych dla sprawy bezpieczeństwa Europy państw: Francji i Anglii. Spotkanie to zakończyło się wspólną deklaracją, w której te dwa państwa zgadzają się co do tego, że UE „musi posiadać zdolność samodzielnego działania, która będzie poparta wiarygodnymi siłami militarnymi, środkami do decydowania o ich użyciu oraz gotowością do wykonania takiego kroku, w celu odpowiedzenia na międzynarodowy kryzys”.

Wydarzenie to można traktować w kategorii przełomu z dwóch powodów. Po pierwsze, do porozumienia udało się dojść Francji i Anglii, państwom, które od zawsze reprezentowały różnie zapatrywały się na to, w jaki sposób powinna być realizowana transatlantycka współpraca w ramach NATO. Po drugie, wyraźnie stwierdzono, że postanowienia deklaracji dotyczą Unii Europejskiej, która nareszcie wzięła na siebie odpowiedzialność za tworzenie europejskiego bezpieczeństwa. UZE nie była bowiem w stanie sprostać roli militarnego ramienia Europy, co pokazały działania we wspomnianych już przeze mnie akcjach militarnych. Brała ona także udział w operacji w byłej Jugosławii. Jednak w zgodnej ocenie analityków nie odegrała tam żadnej poważnej roli.

Na fali porozumienia z St. Malo powzięto kolejne bardzo ważne decyzje. W grudniu 1999 roku Unia Europejska zadeklarowała, że do roku 2003 powoła liczące 60 tysięcy żołnierzy Europejskie Siły Szybkiego Reagowania (ERRF), którzy mogliby być rozmieszczeni w ciągu 60 dni i zdolni do utrzymania się przez rok. Siły te miały być zdolne do podejmowania tzw. „misji petersberskich”. Są to zadania obejmujące cały wachlarz działań od humanitarnych i ratowniczych poprzez przeprowadzanie misji pokojowych aż do zadań bojowych w sytuacjach kryzysowych oraz w operacjach przywracania pokoju. Niestety Unii Europejskiej nie udało się zrealizować swego założenia i nie zanosi się na jego szybkie spełnienie obietnicy.

Mimo to relacje pomiędzy NATO i UE można określić jako coraz lepsze. Obie organizacje nawiązały formalne stosunki w styczniu 2001 roku, ale przełom nastąpił 16 grudnia 2002 roku, wraz z przyjęciem „Deklaracji UE-NATO w sprawie Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony (ESDP)”.

Najważniejszym porozumieniem, jakie udało się do tej pory wypracować na linii UE-NATO to tzw. pakiet „Berlin - Plus” (nazwa pochodzi od konferencji w Berlinie w 1996 roku). Porozumienia te, jak stwierdza na łamach „NATO Review” Pol De Witte, obejmują cztery elementy. „Są to: zapewnienie UE dostępu do planowania operacyjnego NATO; udostępnienie Unii Europejskiej zdolności i wspólnych zasobów NATO; europejskie opcje dowodzenia w ramach NATO dla operacji prowadzonych przez Unię Europejską, w tym rozwinięcie europejskiej roli Zastępcy Naczelnego Dowódcy Sił Sojuszniczych NATO w Europie (SACEUR); a także adaptacja systemu planowania obronnego NATO uwzględniającego dostępność sił dla operacji UE”.

Wielu czytających ten artykuł może postawić w tym miejscu pytanie o sensowność istnienia europejskich sił zbrojnych. W przypadku, gdy Europa ma dostęp do środków NATO taka inicjatywa wielu może wydawać się niepotrzebna. A zatem czy naszemu kontynentowi potrzebna jest inicjatywa taka jak Europejskie Siły Szybkiego Reagowania? Oczywiście tak. Wyobraźmy sobie bowiem, że gdzieś na świecie wybucha teraz poważny kryzys, który grozi eskalacją. W sytuacji, gdy ogromna większość sił i środków armii amerykańskiej jest zaangażowana w Iraku, kto podjąłby się ewentualnej interwencji w celu zapobieżenia rozprzestrzenieniu się konfliktu? Odpowiedź jest prosta - nikt. Żadne państwo na świecie nie ma takich możliwości. Dlatego też konieczne jest rozwijanie przez Europę takich inicjatyw jak ESDI oraz kontynuowanie rozpoczętej w drugiej połowie lat 90. współpracy w ramach Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony (ESDP).

Drugim ważnym czynnikiem, który moim zdaniem będzie sprzyjał rozwijaniu wzajemnej współpracy Ameryki i Europy w ramach NATO to niedawne przystąpienie nowych członków. Dla nich, wstąpienie do Sojuszu to spełnienie marzeń o całkowitym bezpieczeństwie, które właśnie on gwarantuje. Dlatego też im najbardziej zależy na silnym i sprawnym NATO. Z pewnością będą starać się działać w ten sposób, aby wewnątrz Sojuszu dochodziło do jak najmniejszej liczy sporów. W przypadku konfliktu spada bowiem efektywność działania Sojuszu, co nikomu nie służy. Państwa, które przystąpiły do NATO w 2004 r. powinny więc odznaczać się wyjątkową aktywnością w poszukiwaniu form dialogu pomiędzy Europą a Ameryką. Ważne jest aby starały się wywiązać się z tej roli jak najlepiej.

Kolejnym ważnym powodem, który doprowadzi do bliższej transatlantyckiej współpracy jest według mnie wspólne poczucie zagrożenia przed międzynarodowym terroryzmem. W długiej historii NATO mieliśmy już sytuację, w której czynnik strachu odgrywał dużą rolę. Owszem było to zagrożenie innego rodzaju, ale istniało i stanowiło skuteczne spoiwo, łączące Amerykę z Europą.

Światowy terroryzm to poważne wyzwanie, któremu żadne państwo nie jest w stanie przeciwdziałać w pojedynkę. Szczególnie boleśnie przekonują się o tym już od ponad półtora roku USA. Co więcej obawiam się, że nawet poprzez wspólne działania wielu państw i organizacji trudno będzie wygrać walkę z terroryzmem. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że trzeba połączyć wysiłki i próbować.
Międzynarodowy terroryzm, jak już wspomniałem, jest zagrożeniem innym niż to, które towarzyszyło państwom NATO przez ponad czterdzieści lat. Jednak Sojusz stara się dostosować do nowego wyzwania najlepiej jak potrafi czego przykładem są przedsięwzięcia podjęte na szczycie w Pradze. Najważniejszą przyjętą tam inicjatywą był Plan Działania Partnerstwa przeciw Terroryzmowi, który określa perspektywy konkretnej współpracy w tym obszarze. Sojusz podejmuje jednak znacznie więcej inicjatyw, które mają na celu walkę nie tylko z terroryzmem, ale również z jego przyczynami.

Czy obserwując powyższe zjawiska możemy stwierdzić, że jesteśmy świadkami przełomu i ponownego zbliżanie się do siebie Ameryki i Europy? Na to pytanie trudno jest udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje się, że rzeczywiście mamy do czynienia ze zbliżaniem się stanowisk tych dwóch partnerów. Jednak czy można to traktować w kategoriach przełomu? Myślę, że żeby móc tak powiedzieć trzeba jeszcze trochę poczekać. Wierzę jednak, że do takiego przełomu prędzej czy później dojdzie, ponieważ NATO jest organizacją bardzo potrzebną zarówno Europie jak i Ameryce.

Dlaczego właśnie NATO?

Niektórzy odpowiadają pytaniem: Jeśli nie NATO to co w zamian? Jest to jednak spłycanie problemu. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że Sojusz to organizacja, z istnienia której Ameryka i Europa czerpią realne korzyści.

Pierwszym przykładem na poparcie tej tezy niech będzie wniosek, jaki możemy wysnuć z obserwacji prostej zależności. Nie zapominajmy, że NATO jako organizacja skupia w swoim gronie członków, którzy nie należą jednocześnie do Unii Europejskiej. Konkluzja, jaką wyciągamy z tego spostrzeżenia jest prosta: budowanie europejskiego bezpieczeństwa w ramach tylko i wyłącznie struktur UE lub innych konkurencyjnych organizacji wobec NATO jest pomysłem chybionym. Bo co zrobić z państwami, które do Unii nie należą? Bez wątpienia pominięcie ich przy konstruowaniu europejskiej polityki w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony stanowiłoby poważny błąd. Spójrzmy chociażby na państwa, które przystąpiły do Sojuszu w zeszłym roku. Mają one kapitalne znaczenie dla bezpieczeństwa całej Europy.

Dlatego też należy korzystać ze wspólnych porozumień wypracowanych przez NATO i UE, o których już była mowa. Przykładem realizacji porozumienia „Berlin - Plus” jest przejęcie od Sojuszu przez Unię Europejską odpowiedzialności za utrzymywanie pokoju w Macedonii, a w grudniu zeszłego roku również w Bośni i Hercegowinie. Widzimy jak małymi krokami Europa wzmacnia swoją pozycję. Przed nią jeszcze długa droga, ale od czegoś trzeba zacząć. Optymizmem napawa również fakt, że rozwijanie wspólnej współpracy ma miejsce pomimo istnienia kwestii irackiej , która różnicuje nie tylko Stary Kontynent z USA, ale również samych Europejczyków. Należy wierzyć w to, że wzajemne animozje nie popsują tego co udało się już osiągnąć.

Kolejnym argumentem, który przesądza o atrakcyjności NATO dla Europy jest prosta kalkulacja pieniężna. Prawda jest bowiem taka, że członkostwo w Sojuszu jest ofertą niezwykle atrakcyjną dla Europejczyków pod względem finansowym. Koszty, które musiałyby ponieść państwa europejskie w razie ewentualnej renacjonalizacji swoich polityk bezpieczeństwa i obrony byłyby ogromne. Tymczasem w ramach NATO, nieproporcjonalnie duży ciężar płatności związanych z jego funkcjonowaniem nadal spoczywa na USA., które wpłacają około 1 pieniędzy do wspólnotowego budżetu. Europa, wpłacając do kasy nieporównywalnie mniejsze od Ameryki sumy, zyskuje możliwość korzystania z najnowocześniejszych struktur planowania i militarnych Sojuszu.

Nie łudźmy się jednak, że poprzez uczestnictwo w NATO całkowicie uciekniemy od wydatków związanych z ESDP. Mimo że, Europa nie ma ochoty na zwiększanie wydatków militarnych, to trzeba będzie takie kroki podjąć. Kłopoty finansowe USA w związku z wojną w Iraku oraz rozwijanie takich inicjatyw jak budowa ERRF wymagają od europejskich przywódców większych nakładów pieniężnych. Warto zwrócić uwagę, że będą one jednak stosunkowo „niskie” ponieważ, koszta rozejdą się pomiędzy poszczególnych członków Unii Europejskiej.

Zastanówmy się teraz nad tym, co decyduje o tym ,że USA są gotowe ponosić większość kosztów funkcjonowania Sojuszu i dlaczego tak usilnie nalegają na rozwijaniu ESDP w jego ramach. Odpowiedź na to pytanie nasunie się sama kiedy przeanalizujemy strategiczne znaczenie Europy dla USA i jego interesów. Dostęp Ameryki do infrastruktury wojskowej, magazynów, baz, lotnisk, i innych zasobów europejskich znacząco skraca czas reakcji w odniesieniu do wydarzeń rozgrywających się w regionach, gdzie występuje zagrożenie interesów jedynego na świecie mocarstwa. Dobrym przykładem ilustrującymi przydatność europejskich sojuszników mogą być np. akcje lotnicze przeciw Libii prowadzone z baz wojskowych położonych na terenie Wielkiej Brytanii. Szczególnie ważną rolę dla USA będą teraz pełnić członkowie przyjęci do paktu w 2004 roku. Ich położenie geopolityczne sprawia, że mają oni kapitalne znaczenie przy opracowaniu wszelakich strategii wojskowych nie tylko dla Europy, ale właśnie również dla USA. Mówi się nawet o tym, że takie państwa jak Bułgaria czy Rumunia mogą zagrozić uprzywilejowanej pozycji Turcji, ponieważ „pozyskiwanie” jej poparcia dla amerykańskiej polityki zagranicznej np. w kwestii wojny w Iraku jest dla Waszyngtonu coraz droższe.

Jednak postrzeganie spoiwa łączącego Amerykę i Europę jako wspólnoty interesów czy wspólnych zagrożeń byłoby poważnym błędem. Zauważmy, że obywatele obydwu kontynentów wyznają wartości demokratycznych społeczeństw opartych na zasadach prawa, a takie hasła jak wolność czy tolerancja są jednakowo ważne po obu stronach Atlantyku. Oczywiście pozostaje wiele kwestii nadal dzielących Europę i Amerykę. Wystarczy wspomnieć tutaj chociażby temat kary śmierci. Partnerzy powinni jednak szukać pojednania w wartościach, które są im jednakowo bliskie. Łatwiej bowiem budować przymierze w oparciu o to co nas łączy. Taki sposób myślenia, o czym wie niewielu, jest obecny w doktrynie Paktu Północnoatlantyckiego już od 1956 roku, kiedy to opublikowano tzw. Raport Trzech. W dokumencie tym możemy przeczytać, że „Wspólne tradycje kulturowe, wolne instytucje i koncepcje demokratyczne zagrożone przez tych, którzy ich nie podzielają, stanowią czynniki, które powinny również sprzyjać zbliżeniu państw NATO nie tylko w celach wspólnej obrony, lecz także rozwoju. To tworzy sens wspólnoty atlantyckiej, równoległy z uświadomieniem sobie wspólnych zagrożeń”. Członkowie, wydając tę deklarację dali dowód zrozumienia tego, iż efektywność działania militarnego przymierza ma głębokie podłoże i powinno się go budować również w oparciu o wspólnotę wartości, która łączy sojuszników.

Minęły już czasy, kiedy Europa (a dokładniej tylko jej zachodnia część) i Ameryka rozwijały współpracę w ramach NATO głównie na bazie strachu przed ZSRR. Historia daje im obecnie drugą szansę na skonstruowanie nowego i pełniejszego

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę

Tego artykułu jeszcze nie skomentowano

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl