Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Artykuły - Świat / Europa Zachodnia / Co z tą Unią?               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
Co z tą Unią? 

10-06-2005

  Autor: Michał Domański

Dwa referenda i pogrzeb - tak można najkrócej podsumować sytuację eurokonstytucji. Wygląda także na to, iż pogłoski o istnieniu "planu B" były mocno przesadzone. A nawet jeśli takowy istnieje, to europejskim politykom najwyraźniej się nie spieszy z jego wprowadzaniem - póki co ograniczają się do uspokajających oświadczeń, że żadnej katastrofy nie było. Więcej usłyszymy pewnie dopiero po unijnym szczycie w połowie miesiąca. A co konkretnie usłyszymy?

 

 

Żadnych cudownych pomysłów nie będzie, bo i być nie może - konstytucja poległa nieodwołalnie. Owszem, jest klauzula pozwalająca Radzie UE, jeżeli konstytucję odrzuci nie więcej niż pięć krajów, zebrać się i zastanowić, co z tym fantem począć - ale możemy spokojnie założyć, że nic z tego nie wyniknie. Powtarzanie referendów to kpina z demokracji, nie dająca zresztą żadnej gwarancji, że tym razem się uda. Renegocjacja traktatu to już w ogóle nonsens - ani nie ma go z kim negocjować (przecież rządy Francji i Holandii konstytucję gorąco popierały), ani nie wiadomo, w jakim kierunku miałyby iść zmiany, skoro przyczyn głosowania na "nie" było multum, w dodatku wzajemnie sprzecznych i często niezwiązanych z treścią konstytucji. Poza tym należałoby wówczas zacząć całą ratyfikację traktatu od nowa - włącznie z powtórzeniem referendum w Hiszpanii...

W ostateczności można sobie wyobrazić jeszcze jeden scenariusz: przyjmujemy konstytucję i wymyślamy jakiś specjalny status dla tych, którzy jej nie przyjęli. Jest to jednak czysta political fiction - coś takiego może dałoby się zrealizować, gdyby chodziło o Wielką Brytanię lub/i jakiś mały kraj, ale na pewno nie w zaistniałej sytuacji. Cóż by to bowiem była za Unia bez Francji, Holandii, Wielkiej Brytanii (w sukces tamtejszego referendum nikt już chyba nie wierzy, o ile w ogóle do niego dojdzie) i może jeszcze Danii, Czech i Polski? Mizerna. Nie ma się co łudzić - czy tego chcemy czy nie, na konstytucję dla Europy jeszcze sobie poczekamy.

A co na to politycy? Czy będą udawać, że jeszcze nie wszystko stracone, i kontynuować proces ratyfikacji, czy jednak postanowią od razu przyznać się do porażki? Miejmy nadzieję, że jednak to drugie - nawet jeśli nie dla zwykłej przyzwoitości, to przynajmniej dla uniknięcia kolejnych porażek. Bo że do takowych by doszło, trudno wątpić. Notowania eurokonstytucji w Danii i w Polsce już się mocno obniżyły.

Pozostaje tylko pytanie: co dalej? Katastrofy może nie było, ale sytuacja w Unii jest bezprecedensowa - po raz pierwszy integracja została zahamowana, i to nie przez polityków, lecz przez samych obywateli dwóch państw założycielskich wspólnoty. Unia bywała czasem porównywana do roweru, który musi jechać, żeby się nie przewrócić. Cóż, mamy okazję sprawdzić empirycznie, czy tak jest w istocie. Przynajmniej przez kilka najbliższych lat. Co jednak zrobić, żeby potem znowu ruszyć z miejsca?

Przede wszystkim diagnoza, bo ciężko leczyć chorobę nic o niej nie wiedząc. Pierwsze spostrzeżenie, jakie się nasuwa, brzmi następująco: Traktat z Laeken zupełnie niepotrzebnie został nazwany konstytucją. Był to ciężki błąd, zarówno merytoryczny, jak i propagandowy. Merytoryczny - bo to dobry traktat, ale fatalna konstytucja. Propagandowy - bo traktat z Laeken zostałby przyjęty raz-dwa, nie wywołując prawie żadnych emocji, a referendum byłoby tylko w Irlandii, gdzie konstytucja nakazuje zatwierdzać w ten sposób wszelkie traktaty międzynarodowe.

Ale to akurat najmniejszy problem. Odrzucenie eurokonstytucji było bowiem jedynie objawem choroby, a nie jej przyczyną. Ktoś mógłby mi zarzucić niekonsekwencję - najpierw przyznaję, że to zła konstytucja była, a kilka zdań później określam jej odrzucenie jako objaw choroby. Czy odrzucenie złej konstytucji nie jest raczej objawem zdrowego rozsądku? Otóż niezupełnie - sprzeciw Francuzów i Holendrów wynikał bowiem z: niechęci do rządu i imigrantów, strachu przed Turcją i polskimi hydraulikami, obaw o utratę wpływów w Europie, czy wręcz z niechęci wobec integracji jako takiej. A gdzie w tym wszystkim wpływ konstytucji na funkcjonowanie UE? No tak, Francuzi obawiali się jeszcze, że Unia (a więc w domyśle i Francja) stanie się zbyt liberalna. I tu leży pies pogrzebany - debata na temat konstytucji europejskiej dotyczyła wszystkiego, tylko nie Europy.

Na tym właśnie polega choroba, o której mówię - budowaniu zjednoczonej Europy nie towarzyszy jak dotąd budowanie poczucia wspólnoty. Unia jest w krajach członkowskich traktowana jako dojna krowa lub narzędzie walki o własne interesy - w zależności od tego, czy dany kraj na niej zarabia, czy dopłaca. W Brukseli i Strasburgu zdarzają się politycy zdolni bronić interesu Unii wbrew interesowi własnego państwa, ale wszędzie indziej ten drugi dominuje niepodzielnie. Przykładem choćby polska debata pod hasłem "Nicea albo śmierć", podczas której tylko nieliczni publicyści (o politykach nie wspominając) zwracali uwagę, że rozwiązania zawarte w traktacie nicejskim grożą paraliżem decyzyjnym Unii - większości nawet do głowy nie przyszło zajmować się takimi głupotami. Ilość głosów dla Polski stanowiła jedyne kryterium oceny systemu głosowania, nawet pomimo faktu, że różnica między wariantem nicejskim i konstytucyjnym była w sumie nieznaczna. Co oczywiście nie przeszkadzało nikomu przy okazji negocjacji budżetowych opowiadać o potrzebie solidarności.

Można narzekać na egoizmy narodowe, ale to znowu tylko objaw, a nie istota problemu. Istotą jest bowiem system, który tego typu zachowaniom sprzyja. Integracja europejska, choć trwa już pół wieku, ciągle działa na zasadzie "kochajmy się, ale tak z osobna". Najlepszym przykładem europarlament, który niby cała Unia wybiera razem, ale tak naprawdę jest to dwadzieścia pięć oddzielnych elekcji, każda na innych zasadach i każda z innymi partiami. Oczywiście, wszyscy pragną jedności - ale oddać Unii prawo do decydowania o czymkolwiek ważnym? Nigdy! Nie oddamy ani guzika! Wszystko musi być pod kontrolą rządów (im silniejszą, tym lepiej), a Bruksela niech sobie decyduje o normach długości marchewki. Czasem zdarzają się wprawdzie wyjątki od reguły - Wspólna Polityka Rolna, Schengen, euro - ale są to właśnie tylko wyjątki. W takiej sytuacji trudno się dziwić Europejczykom, których wspólna długość marchewki jakoś nie jednoczy.

Tak oto dochodzimy do błędnego koła - bez poczucia wspólnoty ciężko się integrować, a bez głębszej integracji ciężko budować poczucie wspólnoty. Jak z tego wybrnąć? Można na siłę - zacisnąć zęby i ciągnąć dalej ten wózek, w nadziei dojechania w końcu do punktu, po przekroczeniu którego dalej już będzie z górki. Można też jednak pójść po rozum do głowy i spróbować znaleźć nowy motor integracji. Co mogłoby nim być? Wspólny wróg raczej odpada, choć Putin ostatnio robi w tym kierunku spore postępy. Charyzmatycznego lidera z atrakcyjną wizją też nie widać - na stanowisku szefa Komisji Europejskiej po żałosnym Prodim zasiadł bezpłciowy Barroso, a przywódcom najważniejszych państw UE większość Europejczyków życzy jak najszybszej emerytury. Co zatem pozostaje?

Po pierwsze - skończyć ze złudzeniami, jakoby można było się integrować na pół gwizdka. Albo będziemy zdecydowanie dążyć do budowy federacji europejskiej (czyli, mówiąc językiem antyunijnych propagandzistów, "superpaństwa"), albo wrócimy do koncertu mocarstw, nieco tylko ograniczanych przez wspólne reguły gry. Obecna schizofrenia - jednoczesne traktowanie integracji jako konieczności i suwerenności narodowej jako świętości - nie może trwać wiecznie.

Po drugie - przypomnieć sobie, po co nam ta cała integracja. Poza argumentem negatywnym (tzn. groźbą powrotu do koncertu mocarstw) jest jeszcze argument pozytywny, a mianowicie możliwość uzyskania przewagi w konkurencji z resztą świata. Podkreślam - przewagi. Tymczasem, szczególnie na Zachodzie, częste jest traktowanie Unii jako protezy mającej zastąpić bolesne reformy gospodarcze. Owszem, pozytywne skutki otwierania granic i ujednolicania przepisów mogą częściowo zrównoważyć negatywne skutki utrzymywania rozbuchanych świadczeń socjalnych - ale tylko częściowo i tylko na jakiś czas. Prawdziwy zysk z integracji będziemy mieć dopiero wtedy, gdy będzie ona uzupełniać liberalny system gospodarczy, a nie tylko go zastępować.

Po trzecie - "Nie zapomnij pomalować swoich wizji i od strony bliźnich", słusznie wzywał Lec. Jakie bezpośrednie, "przyziemne" korzyści ma przeciętny Europejczyk z istnienia UE? Otwarte granice i jedną walutę - jak na pół wieku integracji, mizernie. A i z tego nie wszyscy korzystają. Tymczasem jest tu co robić, od wspólnego ubezpieczenia zdrowotnego poczynając, a na prawdziwych wspólnych wyborach kończąc.

Jeśli refleksje po francusko-holenderskiej porażce skłonią europejskich (w tym i polskich) polityków do podobnych wniosków, może się z czasem okazać, że nie była to wcale porażka, lecz największy z dotychczasowych sukcesów Unii Europejskiej. Osobiście jestem umiarkowanym optymistą - historia zna wiele wstrząsów, które po krótkim osłabieniu, na dłuższą metę przynosiły ozdrowienie.

No właśnie, a co nas czeka na krótszą metę? Śmierć eurokonstytucji jest już faktem, nie wiemy tylko, czy będzie to eutanazja, czy powolne dogorywanie. A że Nicea do sprawnego funkcjonowania Unii nie wystarczy, tak czy siak musi w końcu dojść do powstania nowego traktatu - zapewne niewiele odbiegającego od najważniejszych postanowień konstytucji. I to też pozwala na umiarkowany optymizm, bo jak już wspominałem, to zła konstytucja była - ale dobry traktat.

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę

Tego artykułu jeszcze nie skomentowano

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl