Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Artykuły - Świat / Europa Zachodnia / Geneza nokautu               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
12-05-2006

  Brak perspektyw rodzi przemoc

02-09-2011

  Afera we Francji

17-02-2011

 

13-12-2010

  Trwa dramat we francuskim przedszkolu

14-11-2010

 

01-08-2010

 

29-06-2010

 

+ zobacz więcej

Geneza nokautu 

05-06-2005

  Autor: Jarosław Błaszczak

Projekt konstytucji europejskiej leży na deskach. Najpierw dotkliwe ciosy zadali mu wyborcy francuscy, a wyniki referendum w Holandii to już prawdziwy nokaut. Dwa kraje będące zawsze w czołówce integracji, których elity deklarowały ogromny euroentuzjazm, nagle pokazały swoje znacznie bardziej narodowe i eurosceptyczne oblicze. Czy jednak odrzucenie konstytucji uchroni mieszkańców tych państw przed tym, czego się boją?

 

 

W Polsce często upraszcza się obraz sytuacji. Nie należy generalizować i twierdzić, że Francuzami i Holendrami kierowały dokładnie te same obawy i odczucia. Jedyny wspólny mianownik, jaki wyraźnie widzę, to chęć zamknięcia się we własnej skorupie i ograniczenia wpływu świata zewnętrznego na los własnego kraju. Tyle, że w erze globalizacji i bardzo już zaawansowanej integracji europejskiej, na tego typu dążenia można znaleźć tylko jedno słowo: utopia.

Naród francuski kontra polski hydraulik

Francja stanowi, obok Niemiec i krajów skandynawskich, najbardziej rozbudowane państwo opiekuńcze świata. Niezwykle silną pozycję mają tam związki zawodowe, które raz po raz bezkarnie paraliżują kraj kolejnymi prostestami. Nawet tak banalna podróż jak przepłynięcie promem przez Kanał La Manche, z Dover do Calais, co normalnie zajmuje mniej więcej półtorej godziny, może się przedłużyć do ponad 4 godzin, jeśli po wypłynięciu z Anglii okaże się, że całe francuskie wybrzeże zablokowali protestujący rybacy, a najbliższy czynny port jest w Belgii. Podobnie łatwo zawieść się na paryskim metrze, słynnych pociągach TGV czy liniach Air France. Jak przyznają z pewną dumą sami Francuzi, strajk leży w ich naturze i uczą się go od dziecka.

I co najważniejsze, przeważnie jest skuteczny. Podobnie jak różnego rodzaju blokady podejmowane przez rolników. Efektem są spowialniające gospodarkę rozliczne przywileje socjalne i wielki nacisk Paryża na wydawanie ogromnej części unijnego budżetu na pomoc rolnikom, choć stanowią tylko małą część obywateli UE. I tutaj dochodzimy do pierwszego powodu, dlaczego Francuzi nie chcieli konstytucji. Bali się, że Unia odejdzie od, ich zdaniem wyjątkowego i wartego obrony za każdą cenę, modelu francuskiego (czytaj: socjalnego) na rzecz forsowanej przez Anglików czy Irlandczyków bardziej liberalnej wizji gospodarki, gdzie państwo nie oferuje aż tak wielkiej pomocy, ale w zamian obciążenia fiskalne są bez porównania mniejsze.

Ale wyborcy znad Sekwany i Loary nie dostrzegają, że ich kraj jeszcze przed referendum zaczął dusić się pod tym socjalnym kloszem. Klinicznym przykładem była sprawa długości tygodnia pracy. Przez paroma laty Francja pobiła w tej dziedzinie europejski rekord, obniżając tygodniowy czas pracy uważanej za pełny etat do 35 godzin. Początkowo przyjęto to z euforią i dumą, że oto Paryż znów wyznacza kierunek rozwoju dla całego kontynentu. Wkrótce jednak pracodawcy dostrzegli w ustawie furtkę: czas pracy w zakładzie może być dłuższy, jeśli tak przewiduje zaakceptowany przez załogę układ zbiorowy. Reszty można się domyślić: pracownicy największych firm dostali do wyboru trzy opcje. Po pierwsze, obniżenie płac przy zachowaniu 35-godzinnego tygodnia pracy. Po drugie, likwidacja ich miejsc pracy i przeniesienie zakładów np. do Polski. Po trzecie, zawarcie układu zbiorowego wydłużającego pracę do co najmniej 38-40 godzin. Oczywiście większość wybrała tę ostatnią możliwość, a krok reklamowany jako socjalna rewolucja, stał się w dużej mierze prawną fikcją.

To pokazuje, że choćby Francuzi rękami i nogami trzymali się swoich zdobyczy socjalnych, nie są w stanie ich na dłuższą metę obronić. Francja nie jest otoczona bezmiarem oceanu - jeśli nie będzie konkurencyjna, prędzej czy później firmy przeniosą produkcję gdzie indziej, a ludzie zaczną tracić pracę, co z kolei zniszczy system osłon socjalnych, bo chętnych do zasiłku będzie zbyt wielu. Jeśli ktokolwiek w Paryżu czy Marsylii myśli, że odrzucenie konstytucji zapobiegnie temu procesowi, jest w głębokim błędzie.

To samo dotyczy ich obaw związanych z rynkiem pracy, z mityczną już postacią polskiego hydraulika, którego dumpingowe ceny skazują na bankructwo francuskich fachowców. Nawet wycofanie się ze swobody przepływu siły roboczej, jednego z fundamentów wspólnego rynku, nic nie da. Potężne firmy i tak sobie poradzą: po prostu wybudują fabrykę w Polsce, w Chinach albo na Filipinach, co zresztą już czynią. Pamiętajmy, że imigranci, zwłaszcza z nowych krajów członkowskich, nie pracują zwykle dla wielkich koncernów. Zajmują się raczej prostymi usługami dla ludności, jak sprzątanie czy drobne budowy. Kiedy tych ludzi zabraknie - wydatki przeciętnego Francuza na codzienne utrzymanie wzrosną, co skutecznie zniweluje pozytywne skutki ewentualnego spadku bezrobocia.
 
Ostatni często używany argument, obawa o zatracenie przez Francję swej tożsamości kulturowej, jest niepoważny. Żaden kraj w Europie nie robi tak dużo, aby jego kultura nie zginęła pod zalewem angielszczyzny. Weźmy filmy. Francja ma największą w Europie kinematografię, mocno dotowaną przez budżet państwa i produkującą 200 francuskojęzycznych filmów rocznie. Poprzez system bardzo restrykcyjnych zapisów koncesyjnych, telewizje mają obowiązek emitować te dzieła. Jeśli pooglądamy sobie w Paryżu największy francuski kanał płatnej telewizji, Canal+, a następnie przełączymy na jego polską wersję, porazi nas różnica w czasie antenowym poświęcanym na rodzimą produkcję. Poza tym żadne państwo nie łoży tak ogromnych sum na rozprzestrzenianie się na świecie swego języka i wspieranie kultury krajów, które go używają. A co do dominującej roli angielskiego w UE i innych organizacjach międzynarodowych - francuski był językiem globalnym w XVII czy XVIII wieku. Teraz trwa era mowy Szekspira i nic na to nie poradzimy. Równie dobrze można walczyć z wiatrakami.

Holenderski raj utracony

Holenderskie lęki znacznie trudniej przeliczyć na pieniądze, choć i tu obawy o charakterze ekonomicznym, bardzo podobne do opisanych powyżej, odegrały pewną rolę. Dużo ważniejsze były jednak dwa inne czynniki. W ciągu ostatnich trzech lat Holandią, gdzie zabójstwa osób publicznych zdarzają się niezmiernie rzadko, wstrząsnęły dwa takie mordy. W maju 2002 od kul zamachowca zginął Pim Fortuyn, przywódca holenderskiej skrajnej prawicy, z dezaprobatą wypowiadający się o islamie i jego zamieszkałych w Holandii wyznawcach. Katem polityka okazał się młody aktywista ruchów ekologicznych, przed sądem tłumaczący się chęcia ochrony tamtejszych muzułmanów przed rolą kozłów ofiarnych, do jakiej, jego zdaniem, Fortuyn chciał ich sprowadzić. 2 listopada ubiegłego roku bestialsko zamordowano Theo van Gogha, kontrowersyjnego reżysera, współautora wstrząsającego filmu o cierpieniach muzułmańskich kobiet. Do jego ciała zabójca - dziś już wiemy, Marokańczyk z pochodzenia - przyszpilił pięciostronicowy list, zawierający pogróżki pod adresem m.in. rządów państw Zachodu oraz Żydów.

Te dwa wydarzenia zburzyły arkadyjską wizję Holandii, jaką dotąd starało się pielęgnować w sobie wielu jej mieszkańców. Postrzegali swój kraj jak otwarty na przybyszów i szanujący ich kulturę. Teraz uświadomili sobie, że to uczucie bez wzajemności. Wśród imigrantów mnożą się fundamentaliści chcący zniszczyć liberalną cywilizację Zachodu i zbudować globalną, islamską teokrację. Poza tym także w sensie ekonomicznym nie dają nic od siebie - są tylko obciążeniem dla systemu ubezpieczeń społecznych. Tak przynajmniej problem ten widzi duża część holenderskich wyborców.

Holendrzy wpadli w pułapkę własnej poprawności politycznej. Przez całe dekady sądzili, że nie należy wtrącać się w życie społeczności imigrantów, bo może to zostać odebrane jako brak szacunku dla ich tradycji i odrębności. Podobne podejście zastosowano zresztą w wielu innych państwach Europy Zachodniej, jak choćby w Szwecji czy w Niemczech. Ignorowano naruszenia podstawowych praw człowieka, przede wszystkim kobiet, które w skrajnych przypadkach kończyły się kalectwem lub nawet śmiercią. W żaden sposób nie zmuszano przybyszy do akceptacji fundamentalnych wartości, na których stoi Europa - wolności, praw człowieka czy indywidualizmu. W wyniku tej indolencji państwa, zamiast ulegać stopniowej asymiliacji, skupiska wielu imigrantów stawały się siedliskami wojowniczego islamu i bardzo niebezpiecznych zjawisk, jak choćby fundamentalizmu.

Odrzucenie konstytucji nic nie pomoże. Może odłoży w czasie lub całkowicie pogrzebie akcesyjne ambicje muzułmańskiej Turcji, ale nie rozwiąże podstawowej kwestii - przecież Europa potrzebuje imigracji, aby przetrwać. Wysokorozwinięte społeczeństwa konsumpcyjne mają coraz mniej dzieci i coraz więcej starców. Aby zapewnić sobie zarówno prostą zastępowalność pokoleń, jak i wydolność systemów świadczeń społecznych, muszą sięgać po ludnościowe zastrzyki z zewnątrz. To nieuknione, bo nic nie wskazuje na to, aby rdzenni mieszkańcy Starego Kontynentu nagle stali się znacznie bardziej rodzinni niż dotąd. Rzecz tylko w tym, aby nie przekreślając ich dotychczasowej tożsamości, zrobić z przybyszy Europejczyków. Jak? Możliwości jest wiele, ale na pewno nie można stać z założonymi rękami. A dotąd często tak się działo.

Z drugim kluczowym, według mnie, czynnikiem trudno dyskutować. Holendrzy przestraszyli się po prostu ściślejszej integracji politycznej, bo zdali sobie sprawę, że mogą zostać zdominowani przez większe państwa. Zrozumieli, że 16,5 miliona obywateli to za mało, być mieć realny wpływ na winę Europy. Trudno ich za to oskarżać - każdy rozsądny naród myśli o własnej suwerenności. Błąd popełniły tutaj największe europejskie mocarstwa, jak Niemcy czy Francja. Często nie potrafiły ukryć, że UE jest dla nich zaledwie trampliną do realizacji czysto narodowych celów politycznych, czego dowiodła chociażby antyamerykańska krucjata Paryża w okresie wojny w Iraku. Wielcy rozsadzali unijne mechanizmy, którym inni w wielkich bólach, ale starali się podporządkować - patrz casus Paktu Stabilizacji i Rozwoju. Nic dziwnego, że mniejsze narody zaczęły się obawiać skutków takiej instrumentalizacji Unii. Ten sam mechanizm zadziałał zresztą już po referendum, gdy Haga z uprzejmą rezerwą odniosła się do niemieckiej propozycji stworzenia "twardego jądra". Nigdy nie wyzbędziemy się w Unii narodowych partykularyzmów, ale trzeba je powściągać, bo obecna polityka wielu państw swoim egoizmem podważa sens dalszej integracji. 

Referenda a pieniądze dla Polski.

Także my, nowe państwa członkowskie, mieliśmy swój udział w niezadowoleniu Holandii, która w przeciwieństwie do Francji, jest płatnikiem netto do budżetu UE. Mimo górnolotnych deklaracji, wciąż traktujemy Unię niemal wyłącznie jak dojną krowę. Nasi negocjatorzy i komentatorzy martwią się głównie o to, ile pieniędzy dostaniemy. Zupełnie ich nie interesuje, jakie będzie źródło tych funduszy. A warto pamiętać, że pochodzą one przede wszystkim z budżetów starych członków UE. Jeśli my dostaniemy więcej środków, oni więcej wydadzą. Co spowoduje albo wzrost deficytu, a to przekłada się na osłabienie euro, albo cięcia socjalne i w konsekwencji społeczne niezadowolenie, którego pokaz właśnie przeżyliśmy. Warto mieć to na uwadze, oburzając się na Niemców czy Holendrów, chcących ograniczyć swoje wpłaty.

Pogłębiona integracja przyniesie nam długofalowo dużo więcej korzyści niż parę miliardów euro, które teraz możemy wyrwać. Dlatego o ile powinniśmy naciskać na otwarcie wszystkich rynków UE na konkurencję z Polski, nie można przesadzić z wyciąganiem ręki po gotówkę.


Czekam na Państwa opinie: jarek@e-polityka.pl
 

 

 

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę

Tego artykułu jeszcze nie skomentowano

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl