Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Artykuły - Świat / Afryka / Zakręty losu               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
26-12-2004

  Kronika ONZ 9/2004

07-11-2004

  Kronika ONZ 2/2004

13-02-2007

 

+ zobacz więcej

Zakręty losu 

15-08-2005

  Autor: Krzysztof Wasilewski

Zachodnie wybrzeże Afryki. Pomiędzy lokalnymi olbrzymami – Senegalem i Gwineą – znajduje się ledwie zauważalny kraj – Gwinea – Bissau. W przeszłości część potężnego królestwa Mali, następnie podzieliła los całego kontynentu. Niegdysiejsze bogate księstwo stało się kolonią niegdysiejszego europejskiego mocarstwa.

 

 

Kraj odzyskał niepodległość późno, w 1974 roku. Okres handlu niewolnikami i bezwzględnego wyzysku trwał nieprzerwanie przez ponad 300 lat. Potrzeba było rewolucji goździkowej w Portugalii by również miliony Afrykańczyków poczuło się w pełni wolnymi. Nowy etap w historii kraju i nowe nadzieje. Łudzono się, że wraz z odejściem ostatniego białego nic nie zatrzyma młodej demokracji na drodze do pomyślności i rozwoju. Jednak podobnie jak w większości byłych kolonii, również w Gwinei – Bissau do głosu doszli ludzie owładnięci urokiem władzy i bogadztwa. Niedawnym bohaterom dość łatwo przyszło zapomnieć o ideałach. Sztandarowe: wolność, równość, niepodległość zamazano niemniej chwytliwymi: władza, nepotyzm, chciwość. Jak lep na muchy, kusiły kolejnych „guerrillas”. Ci łatwo dawali się omamić nieznanej magii, jeden po drugim lgnąc do władzy. Raz złapani w śmiertelne pułapkę nie mieli drogi powrotu.

Joao Bernardo „Nino” Vieira pierwszy uległ pokusie. Członek opozycyjnej Partido Africano da Independencia da Guine e Cabo Verde (PAIGC), wiele razy dał dowody męstwa w walce z Portugalczykami. W 1972 roku został wybrany na przewodniczącego Ludowego Zgromadzenia Narodowego. Już w pełni niepodległej Gwinei - Bissau, w 1978 roku, prezydent mianuje go na stanowisko premiera – faktycznego szefa państwa. Vieira polubił smak władzy. Gdyby przeczytał „Makbeta” wiedziałby, że słodki aromat skrywa śmiertelną truciznę, zabijającą powoli i niepostrzeżenie. Ostatnią przeszkodą na drodze, Vieiry do uzyskania całkowitej kontroli był prezydent, Luis Cabral. Niedawny przyjaciel z czasów partyzantki stał się wrogiem numer jeden. Dzień po bezkrwawym zamachu stanu, dotychczasowy premier zawiesza konstytucje i powołuje Radę Rewolucji. Dziewięciu oficerów pod przewodnictwem Vieiry będzie potrzebowało dwóch lat, zanim nowa konstytucja wejdzie w życie. Na w pełni demokratyczne wybory Gwinea – Bissau musiała jednak czekać do lat dziewięćdziesiątych. W 1994 roku, roku ludobójstwa w Rwandzie oraz prawdziwego końca apartheidu w RPA, wybory prezydenckie odbyły się bez większego zainteresowania. W drugiej rundzie Vieira niewielką różnicą głosów pokonał kandydata socjalistów, Kumba Yalę. Historia, jednak, nie dała o sobie zapomnieć. Tak jak w 1980 roku Vieira przeprowadził zamach stanu, tak w 18 lat po tym wydarzeniu to on musiał szukać schronienia w portugalskiej ambasadzie. Człowiek, który przez połowę swojego życia walczył  kolonizatorami, ostatnie lata miał spędzić w znienawidzonej Portugalii.

Po zamachu władzę objął rząd tymczasowy. W dwa lata później przeprowadzono prawdziwie wolne wybory, które wygrał Kumba Yala. Absolwentowi teologii i filozofii z niezwykła trudnością przychodziło kierować krajem. Ciągłe zwalnianie ministrów, liczne zamachy stanu, zawieszenie kraju w MFW - Yala musiał tęsknić za prostotą partyzanckiego życia. Kolejny, tym razem udany przewrót wojskowy, Kumba Yala musiał przyjąć z pewną ulgą. „Nie potrafił poradzić sobie z problemami”, tak brzmiał oficjalny powód aresztowania urzędującego prezydenta. Z zakazem ubiegania się o najwyższe stanowiska państwowe, Kumba Yala mógł spokojnie doczekać wysokiej emerytury w domowym więzieniu. Ale nawet dusza filozofa nie jest wolna od pokus. Wraz z marcowymi wyborami w 2004 roku jego partia – Partia Społecznego Odnowienia uzyskała 35 mandatów, stając się największą siłą opozycyjną. Rok później ta sama partia wystawiła Kumba Yalę jako swojego kandydata na prezydenta. Kiedy Sąd Najwyższy zezwolił mu na start w wyborach, ten ogłosił siebie wciąż urzędującą głową państwa z zamiarem dotrwania do końca kadencji. Zdarzyło mu się nawet zająć pałac prezydencki na kilka godzin, ale cała akcja wyglądała raczej na próbę sił niż realną grożbę zamachu stanu. W lipcu odbyła się pierwsza tura wyborów. Kumba Yala zajął w niej trzecie miejsce. Wyprzedzili go lider rządzącego PAIGC Malam Bacai Sahna i… były prezydent Joao Bernardo Vieira. Ten ostatni powrócił z pięcioletniego wygnania i z poparciem niedawnego rywala, Kumba Yali, prawdopodobnie wygrał drugą turę wyborów, zostając nowym prezydentem. Prawdopodobnie, bo komisja wyborcza boi się ujawnić oficjalne wyniki w obawie przed wybuchem zamieszek. Sahna wraz z PAIGC już zapowiedzieli, że nie uznają rezultatów tak długo jak zwycięzcą nie będzie ogłoszony Sahna.

Sam Vieira nie przejmuje się groźbą nowej wojny domowej. „Skoro zostałem wybrany, wygląda na to, że ludzie przebaczyli mi błędy, które mogłem popełnić podczas pierwszej kadencji”, oznajmił na konferencji prasowej. Żołnierz pokoju i boży posłaniec, jak o sobie mówi, wydaje się pewny swego. Już nie raz pokazał, że potrafi wyjść z pozoru beznadziejnej sytuacji. Tym bardziej, że uzależnienie od władzy nigdy nie mija. Wiedzą to doskonale i Kumba Yala i Malam Sahna. Czy pogodzą się z przegraną i grzecznie odejdą w cień? Mało prawdopodobne.

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę

Tego artykułu jeszcze nie skomentowano

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl