Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Artykuły - Świat / Azja i Pacyfik / Ginąca kultura               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
09-05-2009

 

01-06-2008

 

30-01-2008

 

10-01-2008

 

24-11-2007

 

14-10-2007

 

21-09-2007

 

+ zobacz więcej

Ginąca kultura 

22-09-2005

  Autor: Przemysław Jaworski z Australii

Australijscy aborygeni zamieszkują Australię od około czterdziestu tysięcy lat. W roku 1788, kiedy Nowa Południowa Walia została ogłoszona kolonią angielską, na terytorium Australii żyło od 300 tysięcy do miliona aborygenów. Później jednak ich liczba zaczęła gwałtownie spadać, głównie z powodu chorób, przywiezionych przez przybyszów z Europy. W roku 1933 populacja aborygenów w Australii liczyła 66 tysięcy osób. W miarę rozwoju europejskiego osadnictwa, aborygeni powoli tracili kontrolę nad swoją ziemią i odchodzili od swojego tradycyjnego stylu życia, coraz bardziej uzależniając się od pomocy białych osadników.

 

 

Wiele prób „cywilizowania” aborygenów prowadził rząd australijski, jak również misjonarze chrześcijańscy. Niektóre z nich były kontrowersyjne, tak jak akcja rządu, w wyniku której żyje teraz w Australii tzw. „skradzione pokolenie”. W początkach dwudziestego wieku zaczęto odbierać rodzinom aborygeńskim dzieci, te które były niepełnej krwi aborygeńskiej, zmieszane z białymi osadnikami. Dzieci te umieszczano w misjach chrześcijańskich albo w rodzinach białych osadników. Otrzymywały wychowanie, wyżywienie i edukację. Wielu dzisiejszych działaczy aborygeńskich pochodzi właśnie z tego, „skradzionego pokolenia”. Chociaż odbieranie dzieci rodzinom aborygeńskim zostało dawno już zarzucone, do dziś trwa ożywiona dyskusja w społeczeństwie australijskim na temat celowości takiej akcji. Obok głosów potępienia tej tak brutalnej i niehumanitarnej działalności, pojawiają się głosy odmienne i to właśnie w kręgach aborygeńskich. Każdy dobrze wie, że w plemionach aborygenów istniał zwyczaj zabijania dzieci, które miały domieszkę krwi białych ludzi. Wielu członków współczesnej inteligencji aborygeńskiej twierdzi, że nigdy by nie doszli do tego, czym teraz są, gdyby pozostawiono ich w buszu. Przymusowe odbieranie „mieszanych” dzieci ich aborygeńskim matkom trwało od roku 1910 do 1970.

Dziś żyje w Australii 265 tysięcy aborygenów. Proporcja pełnej krwi aborygenów do mieszańców ma się jak 1:2. Jedynym miejscem, gdzie nadal żyją tak jak kiedyś, jest Ziemia Arnhema, położona w tropikalnych, północnych regionach Australii, chociaż cywilizacja powoli i tam dociera.

Aborygeni, którzy żyją w wielkich miastach, coraz bardziej wtapiają się w społeczeństwo australijskie. Ci którzy żyją swoim życiem, skupieni wokół misji i innych osad oddalonych od ośrodków miejskich, przeżywają znaczny kryzys. Są niejako przykuci do swych osad i środowisk. Żyją najczęściej z pomocy społecznej. Nieliczni sprzedają swe dzieła sztuki prymitywnej.

Ostatnio australijskie media wyciągnęły na światło dzienne sprawę samobójstw wśród dzieci i młodzieży aborygenów i głośna się stała sprawa Balgo. Balgo jest punktem na mapie, na rozległej pustyni Australii centralnej, setki kilometrów od najbliższego miasta. Jego mieszkańcy to aborygeni, niektórzy z nich w czasach swej młodości nie widzieli białego człowieka. Wciąż pamiętają język, jakim mówiono w plemieniu. Balgo powstało wokół misji, prowadzonej przez Kościół Katolicki. Jednak nie tak dawno paternalistyczna władza misjonarzy została zastąpiona przez szereg kolejnych administratorów rządowych. Apatia zastąpiła edukację, opieka społeczna, pracę. Balgo słynie z malarstwa aborygeńskiego. Malarze z Balgo używają ciepłych, jaskrawych kolorów. Ich dzieła kontrastują z szarą codziennością życia. Jak podaje ojciec Matt Digges, kierujący misją, w jednym tylko tygodniu było w Balgo dwanaście prób samobójstwa. Sytuacja Balgo nie jest odosobniona. Panuje pewna reguła, która mówi, że im dalej od ośrodków miejskich, tym większe poczucie beznadziejności i apatii wśród mieszkańców osiedla. Noel Pearson, jeden z przywódców aborygenów australijskich, twierdzi, że wszystkie odosobnione osiedla aborygeńskie doznają w pewnym stopniu apatii i degeneracji. Jedną z przyczyn depresji i poczucia beznadziejności jest nagminne wąchanie benzyny, zwłaszcza przez dzieci i młodzież aborygeńską. Sytuacja jest praktycznie niemożliwa do kontroli. Gdy w Balgo słońce chyli się ku zachodowi, wychodzą „wąchacze”. Benzynę kradną zazwyczaj z pozostawionych samochodów. Niektórzy „wąchacze” w Balgo zaczynają wąchać od szóstego roku życia.

Wąchanie benzyny powoduje zanik szarych komórek w mózgu i depresję. Jeśli jest kontynuowane przez dłuższy czas, powoduje poważne uszkodzenia mózgu i prowadzi najczęściej do samobójstwa.Noel Pearson wini rodziców, że to oni są odpowiedzialni za sytuację, w jakiej znalazły się ich dzieci. „Nie mogę znieść, kiedy rodzice wydają pieniądze, które dostają na dzieci, na gry hazardowe czy alkohol”.Niektóre dzieci z Balgo twierdzą, że wąchają benzynę, gdyż rodzice o nich nie dbają, nie karmią ich ani nie dają pieniędzy na jedzenie a siedzą wciąż w pobliskiej miejscowości, gdzie można kupić alkohol. Wąchanie benzyny, samobójstwa i pijaństwo, to nie jedyne problemy odosobnionych osad aborygeńskich. Problemy zdrowotne, braki edukacyjne, porzucanie dzieci, gwałty i pobicia są na porządku dziennym. Na to wszystko nakładają się problemy mieszkaniowe. W Balgo, w każdym domu mieszka minimum 12 osób a w niektórych nawet więcej.

Odosobnione społeczności aborygeńskie, liczące 400 czy 500 osób, praktycznie nie mają dostępu do regularnej pomocy rządowej. Do najbliższego miasta, Alice Springs trzeba jechać 12 godzin nieutwardzoną drogą; podczas pory deszczowej, przez sześć miesięcy w roku, droga ta jest nieprzejezdna a Balgo odcięte od świata. Doktor Donna Mak przybyła niedawno do Balgo z Perth, oddalonego o tysiące kilometrów, aby zatrzymać szerzenie się jaglicy. Australia jest jedynym rozwiniętym krajem świata, w którym występuje jaglica. Przywódca aborygeński wini rodziców, inni rząd australijski. Sporą rolę w tej sytuacji odgrywa odosobnienie niektórych osad. Nie zmienia to jednak faktu, że wiele osad aborygeńskich obumiera. Śmiertelność ich mieszkańców jest wielokrotnie wyższa, niż w gdzie indziej w Australii. W wieku XVIII i XIX choroby zdziesiątkowały aborygenów, nadal ich dziesiątkuje alkoholizm, wąchanie benzyny, depresja i apatia. Czy ta prastara kultura skazana jest na powolne obumieranie, bądź wtopienie się w obce dla niej społeczeństwo?

Autor jest korespondentem e-Polityki.pl w Australii.

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę

Tego artykułu jeszcze nie skomentowano

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl