Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Artykuły - Świat / Cienie i blaski rosyjskiej polityki zagranicznej               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
Cienie i blaski rosyjskiej polityki zagranicznej 

04-09-2005

  Autor: Marcin Małek

Po przemianach w Europie Środkowej na początku lat 90-tych była przestrzeń Związku Radzieckiego, a w tym przede wszystkim Rosja, pogrążyła się w politycznym i gospodarczym chaosie. Rosyjska polityka zagraniczna, niekonsekwentna i niespójna za rządów Borysa Jelcyna, stał się utrapieniem dla jego następcy Władimira Putina. Nowy rosyjski prezydent musiał utrwalić na Zachodzie wizerunek pragmatycznego, konsekwentnego przywódcy, gwarantującego stabilność kraju i reprezentującego swoją ojczyznę na arenie międzynarodowej w ramach ogólnie przyjętych norm światowego współistnienia.

 

 

Wcześniej Rosjanie miewali z tym kłopoty. Głównym problemem rosyjskiej polityki zagranicznej była i poniekąd wciąż jest respektowana przez większość państw zasada suwerenności, innymi słowy rzecz ujmując nie mieszania się w sprawy sąsiadów. Jeśli nawet Władimirowi Putinowi na przestrzeni kilku ostatnich lat udało się odmienić wewnętrznie Rosję, która z kraju względnie demokratycznego przemieniła się kołchoz rządzony silną i bezwzględną ręką, to w sprawach zewnętrznych wciąż musi zmagać się z zakorzenionym na zachodzie stereotypem butnego rosyjskiego dyplomaty.

STARA-NOWA TAKTYKA

Rosjanie jak daleko sięgnąć pamięcią zawsze budowali swoją politykę zagraniczną na pewnych niezmiennych założeniach, których umiejętne wykorzystanie w sprzyjających warunkach geopolitycznych gwarantowało niemal pewny sukces.

Na przestrzeni ostatnich kilku lat doprowadzono do normalizacji a nawet ocieplenia dwustronnych stosunków Moskwa-Waszyngton. Rosyjscy dyplomaci korzystając z rozłamu w relacjach USA-Europa umiejętnie wślizgnęli się w szczelinę powstałą wokół konfliktu irackiego. Dzięki temu posunięciu uaktywnili proces zbliżenia ze Stanami Zjednoczonymi. Z rozmysłem - aczkolwiek  przy założeniu  tymczasowości - przyjęli status młodszego partnera w globalnej grze.  Poprawie uległy także stosunki Rosja-Europa czego najjaskrawszym przykładem jest sprawa rurociągu bałtyckiego. Dla rosyjskich dyplomatów doraźnie najważniejsze są względy związane z rosyjską dominacją w Europie. Ale w dłuższej perspektywie wszystko podporządkowują grze o ustalenie pierwszoplanowego miejsca Rosji na świecie.

Pierwszy zabieg widocznie wzmocnił międzynarodową pozycję Rosji, drugi rozszerzył pole manewru jej polityki zagranicznej. Łącznie oba posunięcia powodują, że Rosja może wejść w spór z Europą, nie narażając na szwank swoich stosunków z Ameryką i na odwrót.

W tej sytuacji - biorąc pod uwagę zwłaszcza drugi biegun posunięć rosyjskiej polityki zagranicznej - trudno pominąć pewne bezprecedensowe wydarzenie, które ostatnio zaniepokoiło światową opinię publiczną. Mam tu na myśli wspólne rosyjsko-chińskie manewry wojskowe pod kryptonimem „Misja Pokojowa 2005”. Ćwiczenia mały wyraźny antyamerykański i antyjapoński wydźwięk ale ich znaczenie można odczytywać raczej w kategoriach osobliwej  symboliki dyplomatycznych działań. 

Wielu obserwatorów zastanawia się, czy rosyjsko-chiński sojusz wytrzyma próbę czasu. Wydaje się jednak, że raczej nie.  Choć Chińczycy nie ukrywają, że zależy im na tym, by reszta świata a zwłaszcza najbardziej zainteresowani sprawą Tajwańczycy odczytali fakt zbliżenia Moskwa-Pekin jako wyraźną akceptację władz rosyjskich w stosunku do chińskich pretensji kierowanych pod adresem Tajwanu. Natomiast Moskwa, nie mogąc pogodzić się z faktem że Rosja nie jest już supermocarstwem, gorączkowo poszukuje możliwości stworzenia przeciwwagi dla wciąż umacniającej się hegemonii USA na świecie.

Prezydent Putin niejednokrotnie dawał do zrozumienia, że Rosja nigdy nie pogodzi się z „jednobiegunowym modelem świata”. Po fali demokratycznych przemian w Gruzji i na Ukrainie w Moskwie coraz częściej mówi się o stworzeniu drugiego bieguna przez Rosję, Chiny oraz Indie.  Wszakże biorąc pod uwagę jednostkowe interesy państw, które mogłyby w przyszłości stworzyć skuteczną koalicję blokującą dominację USA, palny rosyjskiego prezydenta muszą pozostać w sferze niespełnionych życzeń odkładanych co rusz na jutro. Bowiem zarówno dla Chin, Indii jak i dla Rosji w dłuższej perspektywie stosunki z USA są ważniejsze niż doraźne alianse podyktowane polityczną potrzebą chwili. Innymi słowy, jeśli u któregoś z wymienionych pretendentów do objęcia uprzywilejowanej pozycji w światowej rozgrywce następuje negatywna zmiana kursu w stosunku do USA szuka on możliwości zbliżenia się do dwu pozostałych. W każdym wypadku ma to znaczenie jedynie demonstracyjne, tak jak przy okazji manewrów „Misja Pokojowa 2005”.

NIE RZUCIM ZIEMI...

Zresztą Władimir Putin ma teraz inne zmartwienia. Ukraina – rosyjska brama na zachód – wypadła z orbity wpływów Moskwy. Był to dotkliwy cios wymierzony w żywotne interesy Rosji, tym bardziej bolesny, że zadany przy nie małym udziale nie kochanych na wschodzie Polaków. A przecież nie tak dawno wszystko przedstawiało się zgoła inaczej. W 2001 roku mer Moskwy Jurij Łużkow podczas wizyty w krymskim parlamencie mówił: Krym to szczególna część Rosji. Słowa mera nie były przypadkowe i nie mogło być mowy o żadnej pomyłce, zresztą sami zainteresowani tj. zdominowane przez prorosyjskich komunistów zgromadzenie nie dość, że nie usiłowało poprawiać oczywistego przekłamania to jeszcze nagrodziło Łużkowa oklaskami. Właściwie nie tylko na podstawie słów, ale przede wszystkim  działań można odnieść wrażenie, że moskiewska wierchuszka wciąż uważa za rosyjskie nie dość, że sam Krym to i całą Ukrainę. Dotkliwa porażka rosyjskiej polityki wobec Ukrainy będzie miała swoje negatywne konsekwencje. Trzeba pamiętać, że Rosjanie nie wybaczają tak łatwo tym, których obwiniają za swoje porażki. A że tych i owych obwinili nie ulega watpliwości. Jak wiadomo „klucz do kijowskich złotych wrót” leży w ręku tuzów rosyjskiej gospodarki. Do niedawna Rosja  była najważniejszym partnerem handlowym Ukrainy. Jeszcze w zeszłym roku około 40% ukraińskich obrotów gospodarczych przypadało na handel z Rosją. Putin przez kilka ostatnich lat nieugięcie realizował strategiczny plan gospodarczego podporządkowania sobie Ukrainy. Pod wieloma względami  Rosjanie wciąż trzymają w ręku wiele asów. Do tego dochodzi dwunastomilionowa mniejszość rosyjska, którą Moskwa wciąż szantażuje Kijów. Tak w ogóle od „ukraińskiej awantury” - jak zwykli mawiać Rosjanie – w Moskwie coraz częściej i coraz głośniej mówi się o 25 milionach rodaków rozsianych po niemal wszystkich byłych republikach związkowych. Im cięższy jest los tych ludzi, tym lepiej dla Kremla, który nie spieszy się z udzieleniem jakiejkolwiek pomocy. Putin tam gdzie może gra losem byłych „ludzi radzieckich” z cynizmem osieroconych przez Rosję. Jak zawsze w Rosji tak i dziś prosty człowiek stał się narzędziem w ręku władzy bezwzględnie realizującej doraźną linię polityczną państwa.

Po upadku Związku Radzieckiego „zderzenie z nową rzeczywistością bywa dla Rosjan bardzo bolesne. Przez długie lata we wszystkich republikach związku radzieckiego stanowili grupę uprzywilejowaną. Dziś w starej ojczyźnie stają się pariasami. Leninowski internacjonalizm był fikcją – rosyjska kultura dominowała, rosyjski był językiem władzy w całym ZSRR. Pod przykrywką równości dokonywała się rusyfikacja. Po upadku ZSRR nagle okazało się, że nie ma ludzi radzieckich, ale są Rosjanie, Ukraińcy czy Kazachowie. Byłe republiki przekształciły się w samodzielne państwa, ale żyją w nich miliony Rosjan, którzy z dnia na dzień stali się gośćmi, chociaż tutaj się urodzili czy mieszkali przez kilkadziesiąt lat. [...] Po odzyskaniu niepodległości w wielu byłych republikach radzieckich Rosjanie zaczęli mieć kłopoty ze znalezieniem atrakcyjnej pracy, likwidowane były rosyjskie szkoły i przedszkola. Rektorami czy dyrektorami przedsiębiorstw z dnia na dzień zostawali przedstawiciele ludności miejscowej, a Rosjanie bez względu na kwalifikacje byli wyrzucani na bruk. [...] W czasach Jelcyna temat rosyjskiej diaspory prawie wcale się nie pojawiał w moskiewskiej polityce zagranicznej. Oprócz pisania oświadczeń i not protestacyjnych władze nie robiły niemal niczego dla swoich pobratymców.”  Jednakże w wyniku wydarzeń w Gruzji i na Ukrainie Sytuacja zmieniła się diametralnie ludność pochodzenia rosyjskiego z dania na dzień stała się kartą przetargową w polityce zagranicznej Moskwy. W Gruzji odsetek mniejszości rosyjskiej to około 5,5% ogólnej liczby obywateli a na Ukrainie  22,1%. I zwłaszcza w drugim przypadku obywatele pochodzenia rosyjskiego mieli do odegrania bardzo istotną rolę. To za ich sprawą podczas pamiętnej „Pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie mogło dojść do bardzo niebezpiecznego rozłamu a nawet secesji wschodnich obwodów w większości zamieszkanych przez ludność rosyjskojęzyczną. Na to liczył urzędujący premier i kandydat na prezydencki fotel Wiktor Janukowycz. Choć w zasadzie oficjalnie nie poparł pomysłu przeprowadzenia referendum w sprawie autonomii. Wziął jednak udział w zjeździe zwolenników utworzenia autonomii, który obradował we wschodnioukraińskim Siewierodoniecku a którego delegaci zdecydowanie opowiedział się za jego kandydaturą. Gościem zjazdu był także wspomniany już wczesniej mer Moskwy Jurij Łużkow. I w tym razem jego obecność nie była przypadkowa, sprawa wyborów na Ukrainie pochłaniała cała uwagę Kremla. Prezydent Putin otwarcie opowiedział się za kandydaturą promoskiewskiego Janukowycza. Rosjanie nie ukrywali swojego zainteresowania sprawami Ukrainy, więcej nawet, wykorzystując rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy wzięli aktywny udział w kampanii prezydenckiej. Aktywizowano także rosyjskich Ukraińców, którzy zgodnie z ukraińską ordynacją wyborczą mieli prawo do udziału w wyborach. Jak pokazały następne miesiące, mieszając się w wewnętrzne sprawy Ukrainy Rosjanie popełnili niewybaczalny błąd. Dzisiaj Ukraina bardziej niż kiedykolwiek jest częścią Europy, a nie tak dawno wypowiedziane przez Jurija Łużkowa słowa utraciły swój ciężar i stały się pusto brzmiącym frazesem z historii, o której na Ukrainie już nikt nie chce pamiętać.

Pod wpływem wydarzeń na Ukrainie Sergiusz Sachno napisał w Tygodniku Wprost: Ukraińcy zmienili nie tylko swój kraj. „Tysiące Polaków przypinając sobie w geście solidarności pomarańczowe wstążki, uczestnicząc w dziesiątkach demonstracji pokazało, że nie interesuje ich tylko czubek własnego nosa. Pomarańczowa rewolucja jak nigdy dotąd zjednoczyła polskich polityków. Uchwałę w sprawie wyborów na Ukrainie oraz apel do tamtejszego parlamentu Sejm przyjął bez głosowania, przez aklamację. Podczas warszawskiej demonstracji poparcia dla ukraińskiej opozycji stali na tej samej trybunie i przemawiali tym samym głosem zwalczający się nawzajem liderzy lewicy i prawicy.”

„PRZEPRASZAM CZY TU BIJĄ?”

Jednakże mimo wyliczonych przez Pana Sachno korzyści związanych z polskim wkładem w ukraińską rewolucję – inna sprawa czy słusznym, tu każdy może mieć swoje zdanie - mamy do czynienia z wyraźnym pogorszeniem stosunków na linii Moskwa-Warszwa. A także z „efektem bumerangu” w stosunkach Polaka-Białoruś. Jak wiadomo na Białorusi nic nie dzieje się bez przyzwolenia Moskwy, czyżby więc napięcia w obustronnych stosunkach były inspirowane przez Kreml i traktowane jako kara za udział w „ukraińskiej awanturze”? Nic na taki stan rzeczy nie wskazuje, ale też nic go nie wyklucza. Faktem jest natomiast histeryczna reakcja rosyjskich władz na chuligański wybryk jaki miał miejsce w  Warszawie 31 lipca 2005 r. tj. na pobicie dzieci rosyjskich dyplomatów. Ośrodek Studiów Wschodnich tak komentował całą sprawę: „Kampania informacyjna, towarzysząca pobiciu dzieci rosyjskich dyplomatów w Warszawie i atakowi na Polaków w Moskwie, miała charakter skoordynowanej akcji politycznej, sterowanej odgórnie. Dowodzi tego analiza postawy prokremlowskich mediów, które gwałtownie i ostro zareagowały na incydent w Warszawie i równie szybko wyciszyły sprawę po telefonicznej rozmowie prezydentów Rosji i Polski 12 sierpnia. Wydaje się, iż celem takiej kampanii było utrwalenie na Zachodzie wizerunku Polski jako państwa nieprzychylnego Rosji i tym samym niezdolnego do odgrywania konstruktywnej roli w kreowaniu polityki wschodniej Unii Europejskiej. [...] 7, 10 i 11 sierpnia w Moskwie doszło do pobicia trzech oficjalnych przedstawicieli Polski - dwóch pracowników ambasady RP oraz dziennikarza jednego z największych polskich dzienników. Wcześniej pobito Rosjanina, kierowcę polskiej placówki. W kampanii w rosyjskich mediach, towarzyszącej pobiciu Polaków (a wcześniej rabunkowemu napadowi na dzieci rosyjskich dyplomatów w Warszawie) wykorzystano tradycyjne metody odgórnego sterowania informacją. Kontrolowane przez państwo media podkreślały, że warszawski napad miał podłoże polityczne i był wynikiem zakorzenionych w polskim społeczeństwie postaw antyrosyjskich. Donoszono także, iż pobici w Moskwie pracownicy ambasady RP byli pijani, a następnie, iż polscy dyplomaci utrudniali śledztwo i nie podejmowali współpracy z milicją. Twierdzenia te, powtarzane m.in. przez popularne stacje telewizyjne, sprzyjały przerzucaniu odpowiedzialności za gwałtowne pogorszenie stosunków między obu państwami na stronę polską. [...] Akcja propagandowa wokół incydentów w Warszawie i Moskwie wydaje się być jedynie kolejnym elementem szerszej antypolskiej kampanii, która nasiliła się w Rosji po zaangażowaniu przedstawicieli polskich władz i społeczeństwa w rozwiązanie kryzysu wyborczego na Ukrainie jesienią ub.r. Zaangażowanie to sprawiło, iż Rosja zaczęła postrzegać Polskę jako państwo dążące do osłabienia jej wpływów na obszarze WNP (kremlowski doradca Gleb Pawłowski określił to mianem „doktryny Kwaśniewskiego”).”

I istotnie coś w tym jest. WNP się sypie a na jej zachodnich granicach powstaje nowy gospodarczy wir wciągający jej dotychczasowych członków do środka. Ukraina, Gruzja, Polska i Litwa przystąpiły do budowy omijającego Rosję korytarza do transportu kaspijskiej ropy naftowej do Europy - tak rosyjska prasa podsumowywała rozmowy przywódców tych czterech państw, które odbyły się na Krymie 18 i 19 sierpnia 2005 r. Wiktor Juszczenko, Micheil Saakaszwili, Aleksander Kwaśniewski i Valdas Adamkus dyskutowali o utworzeniu Wspólnoty Demokratycznego Wyboru (WDW), „Niezawisimaja Gazieta: wyrażała pogląd, że „organizacja ta ma stać się przeciwwagą dla Moskwy na poradzieckim obszarze”. Innym celem aliansu - według rosyjskiej opinii - ma być utworzenie korytarza, którym z pominięciem Rosji ropa naftowa z basenu Morza Kaspijskiego popłynie do Europy. „Nie ulega wątpliwości, że spotkanie w Arteku było kontynuacją prac, rozpoczętych w czasie niedawnej, roboczej wizyty Juszczenki w Gruzji. Wówczas razem z Saakaszwilim ogłosił on zamiar powołania do życia nowej międzynarodowej struktury - Wspólnoty Demokratycznego Wyboru. Nowa organizacja, zdaniem tych dwóch prezydentów, powinna „połączyć demokracje regionu bałtycko-czarnomorsko-kaspijskiego” oraz „rozpocząć nową erę demokracji i bezpieczeństwa w całej Europie, od Atlantyku do Morza Kaspijskiego” - pisała „Gazieta”.  Po porażce na Ukrainie spotkanie na Krymie było kolejnym policzkiem wymierzonym Moskwie. Do tego dochodzi przykra świadomość, że Ukraińcy już naprawdę i bez większych obaw mogą się cieszyć ze zwycięstwa, którego siłą napędową stało się mocne, zjednoczone społeczeństwo. Społeczeństwo, o którym zwyczajni ludzie w Rosji mogą tylko marzyć a władza drżeć i blokować na każdej możliwej płaszczyźnie powstawanie jego zalążków.

WIECZNIE POWRACAJĄCE WIDMO IMPERIUM

W tym celu wynajduje się w Rosji wiele tematów zastępczych albo powiem wprost maskujących, które przy każdej nadążającej się okazji prowadzą wprost ku nieśmiertelnej doktrynie Wielkiego Imperium Rosyjskiego – cywilizacyjnego centrum Eurazji. Teoria o imperialno-cywilizacyjnej przeszłości, teraźniejszości jak i przyszłości jest władzy rosyjskiej bardzo potrzebna. Kryzys systemowy, który wytworzył się po upadku ZSRR był przede wszystkim kryzysem wartości. Wyrażał się fundamentalną utratą ideologicznych celów, wzrostem pesymizmu i społecznej apatii. Wynikła więc naglącą potrzeba zdefiniowania pewnych uniwersalnych dla całości społeczeństwa wartości narodowych. Bez takich wartości trudno było w ogóle myśleć o budowie i umacnianiu nowej Rosji. W opracowaniu „Szkice o Rosji” Rafał Marciniak wyraził podobną opinię: „Narodowe wartości rosyjskie opierają się na wartościach mocarstwa eurazjatyckiego, odznaczającego się unikalnym duchowym i materialnym potencjałem, bogatym spektrum socjalno-ekonomicznym, politycznym, kulturowym, geograficznym, narodowo-etnicznym i demograficznym, których zestawienie tworzy fenomen rosyjski.”  Natomiast Françoise Thom , badaczka historii Rosji, analityk stosunków międzynarodowych uważa, że  „Rosja jest peryferyjnym europejskim krajem, który ma ogromne ambicje wytworzone właśnie przez porównywanie siebie do centrum zachodniej cywilizacji. Ta ambiwalencja to zresztą najbardziej zauważalna cecha samych Rosjan. Sadzę, że jednym z najpoważniejszych problemów Rosji jest właśnie rodzaj instynktownej wrogości w stosunku do zachodnich norm cywilizacyjnych. To jedna z najbardziej niepokojących rosyjskich namiętności, mających najgorsze konsekwencje. [...] Do tego dochodzi wyraźna ewolucja ideowa, widoczna zwłaszcza w historiografii rosyjskiej. Oznacza wycofanie się nawet w stosunku do okresu gorbaczowskiego i sięga aż po rehabilitację Stalina. Nie jest to już zjawisko marginalne, jak w poprzedniej dekadzie. Teraz dotyczy najbardziej wpływowych środowisk historyków rosyjskich, a jego konsekwencje widać choćby w podręcznikach szkolnych. Wyciera się tam pamięć o zbrodniach okresu stalinowskiego i podkreśla aspekt patriotyczny, heroiczny, wcale zresztą nie związany z komunizmem. [...] Nowy kształt imperializmu rosyjskiego jest już w pełni gotowy, filozoficznie ciekawy, a od strony użyteczności politycznej wręcz perfekcyjny. Pozwala Rosji ukrywać swoje interesy, ofiarując cały zestaw masek – inne dla Europy, inne dla Azji, Ameryki a nawet dla Polski ”  Zresztą rosyjska władza posługiwała się maską nie od dziś i nie tylko wobec żywiołów zewnętrznych ale przede wszystkim i głównie wobec własnego społeczeństwa.  Jeśli zaś chodzi o uwypuklony przez Thom problem z ambiwalentnym stosunkiem Rosjan do europejskiej jakości cywilizacyjnej należy bezwzględnie przyznać jej rację. Bowiem po przyjrzeniu się problemowi z bliska rzuca się w oczy charakterystyczny splot paradoksów myślowych wpływających na taki a nie inny stosunek Rosjan do własnych a co za tym idzie europejskich korzeni kulturowych.  W ogólnym ujęciu problem natury „narodowego ducha”, wątpliwa i niedojrzała samoocena oraz wypływający z nich stosunek do własnej obyczajowości, do korzeni wrastających w glebę wspólnej dla wszystkich Rosjan tradycji, do obyczajowo-organizacyjnej i politycznej rewolucji lat 90-tych oraz stosunek do narodowej autoidentyfikacji  zgiętej pod ciężarem zmatowiałej sławy imperium  - to dziś zasadnicze kwestie, z którymi mierzą się współcześni Rosjanie.

CAR NA UWIĘZI

Współcześni Rosjanie ale nie rosyjska władza. Władza w tym kraju zawsze funkcjonowała poza społeczeństwem.  Gdzie car, pierwszy sekretarz, a po nich prezydent uosabiają potęgę i majestat państwa, które funkcjonuje nie dla społeczeństwa, nie dla samego siebie ale dla władyki - gospodarza. Jego wizerunek jest w istocie wizerunkiem Rosji, jego maska staje się jej obliczem a społeczeństwo bez względu na ustrój zawsze znajduje się na samym końcu łańcucha politycznej ekologii. Gospodarz, państwo, ludzie – państwo jest dla ludu nieprzebytym murem, który skutecznie odgranicza władykę od czerni.

Ale rosyjskie państwo to także – jeśli nie przedewszystkim - FSB i inne pokrewne służby. Kto więc tak naprawdę rządzi? Według opinii Thom „w stosunku do Putina nie należy ulegać propagandzie przedstawiającej go jako przywódcę bardzo dynamicznego i potrafiącego przekazać ów dynamiczny impuls rosyjskiej polityce. Putin jest prezydentem kraju głęboko chorego, liderem głęboko chorego społeczeństwa. Wydaje się, że Rosjanie potrzebowali kogoś takiego jak Putin, żeby zapewnił im coś w rodzaju breżniewowskiej stagnacji – państwo opiekuńcze i wszechmocne, bez nadmiernego nacisku ideologicznego., ale jednocześnie bez nadmiaru wolności i bez ośmielenia ludzkiej przedsiębiorczości. Takie oczekiwania są zwykle objawem poważnej choroby społeczeństwa. I rzeczywiście - społeczeństwo rosyjskie czuje się chore, przeżywa demograficzną katastrofę. Jest słabe, więc potrzebuje opiekuna, który broniłby je i wskazywał kierunek rozwoju. [...] Reżim putinowski jest władzą czasów dekadencji, która towarzyszy społeczeństwu w stanie dekadencji. Byli KGB-iści, znajdujący się dzisiaj u władzy w Rosji, nie mają pomysłów ani środków na odbudowę imperium. Oczywiście potrafią korzystać z bogatego skarbca tradycyjnych metod wywierania wpływu. Potrafią likwidować przeciwników, siać niezgodę, destabilizować sąsiadów poprzez podrzucanie im problemów w rodzaju Zadnieprza czy Osetii. Zachowali zdolność szkodzenia i blokowania, ale nie umieją nic tworzyć.”  Podobne zdanie na ten temat wyrażał w 2003 roku Borys Abramowicz Bieriezowski. „Znam Putina od 1991 r. Miałem o nim jak najlepsze zdanie. Sądziłem, że może zostać prezydentem w drodze demokratycznych wyborów – tak jak Jelcyn w 1996 r. Wtedy nie używaliśmy czołgów i kałasznikowów, ale uruchomiliśmy machinę propagandową. Celowo wykorzystałem moje media do zyskania poparcia dla Jelcyna. Inne siły, jak FSB, chciały namówić Jelcyna, by odwołał wybory i rozwiązał parlament. Dążyły do tego, by Jelcyn utracił prawny mandat do sprawowania władzy i dzięki temu znalazł się pod ich kontrolą. Teraz służby specjalne dopięły swego: mają prezydenta który daje się szantażować. [...] Był człowiekiem prawym (Putin), zresztą jest nim do dzisiaj. Jako wiceburmistrz Sankt Petersburga nigdy nie brał łapówek. Uważałem go za demokratę i człowieka o silnej woli. W tym ostatnim się nie myliłem, w pierwszym – owszem. Putin Robi to, do czego jest przekonany. A do Demokracji przekonany nie jest. Sądzi, że Rosja może odnosić sukcesy jedynie jako państwo autorytarne.”

Cechą charakteru Putina, która zdecydowała o tym, że właśnie on został namaszczony na następcę schorowanego Jelcyna, była jego lojalność wobec zwierzchników. „Dowiódł jej, trzymając do końca stronę swego protektora, mera Petersburga Anatolija Sobczaka. Gdy ten przegrał walkę o reelekcję, a niedługo później rozeszły się słuchy o jego rychłym aresztowaniu, pomógł mu w ucieczce za granicę. Na Jelcynie, który stał za usunięciem Sobczaka, zrobiło to ogromne wrażenie. Putin, dotychczas drugoplanowy urzędnik kremlowski, awansował na szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa; niespełna dwa lata później został prezydentem. [...] Zadziwiająca kariera Putina okazuje się efektem niezwykle skutecznej kampanii propagandowej sfinansowanej przez oligarchów, zorganizowanej przez służby specjalne, a wykonanej przez speców od urabiania opinii publicznej w rodzaju osławionego Gleba Pawłowskiego.”  Najciekawszym z pytań jakie nurtują dzisiejszych biografów Putina to kwestia realnego zasięgu władzy jaką zdołał skupić w swoim ręku. „Może on grzmieć z ekranów telewizorów, obiecywać, że dopadnie terrorystów „choćby w kiblu” i ukróci korupcję, lecz tak naprawdę podobnie jak jego poprzednik najprawdopodobniej jest zakładnikiem układu sił, w którym krzyżują się interesy specsłużb, oligarchów i potężnych grup przestępczych.”

DZIEDZICZNA NIEMORALNOŚĆ

Przestępczość w Rosji nie jest i nigdy nie była niczym nowym, ale najwięksi przestępcy rzadko trafiają za kraty. Cóż jak do tej pory brak moralności albo skrzywiona moralność ani w Rosji, ani w Europie ani na świecie nie są uznawane za przestępstwo. Moralność nie może funkcjonować poza społeczeństwem, a więc jest obca władzy, która w Rosji funkcjonuje poza nim. Kto utracił moralną ocenę rzeczywistości, ten zwolna staje się przestępcą i nie ze względu na brak moralności ale ze względu na brak porównawczej perspektywy. Władza deprawuje, oddala od człowieka rzeczywisty horyzont zdarzeń co w efekcie skutkuje utratą moralnej świadomości. Ludzie władzy, pod jej wpływem zamieniają się z arbitrów w wykonawców wyroków i uzurpują sobie prawo do manipulowania zbiorowym poczuciem moralności. Gorszego przestępstwa nie da się już popełnić... Problemem Rosyjskiego prezydenta nie są Stany Zjednoczone, Chiny, Ukraina ani nawet maleńka Polska. Najistotniejszym problemem kremlowskich gospodarzy jest piętno przekazywane z następcy na następcę z dobrodziejstwem odziedziczonego inwentarza. Przykra konieczność poprawiania nadwerężonej ustawiczną manipulacją ogólnonarodowej moralności Rosjan.

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę

  Dodaj komentarz
 
Autor:
Tytuł:
Treść:

Przepisz kod z obrazka:    
+ powrót
 

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl