Był kimś niezwykłym nie tylko dla Liberii, był przecież pierwszym piłkarzem Czarnego Lądu, który sięgnął po najwyższe laury. Kiedy więc napastnik AC - Milan i Chelsea zakończył karierę mało kto przewidział dalszy przebieg jego pozasportowej kariery. Przecież zarobił wystarczająco dużo milionów dolarów by spokojnie dożyć bezpiecznej starości. Jednak los jeszcze raz pokazał, że nie można całkowicie zapomnieć o kraju, w którym się spędziło kilka lat swojego życia.
Liberia to kraj niezwykły. Utworzony przez Amerykanów aby uspokoić swoje nadwyrężone niewolnictwem sumienia. Wiele lat jeszcze dzieliło pierwszą demokrację świata od straszliwej wojny domowej, która miała zakończyć raz na zawsze ten haniebny preceder. Znaleziono więc skrawek ziemi na zachodnim wybrzeżu Afryki i pozwolono się tam osiedlić byłym niewolnikom. Zainteresowanie było znikome, co można tłumaczyć wielce niekorzystnym klimatem ziemi obiecanej. Ci, którzy się odważyli podjąć ryzyko szybko zapomnieli o swoim dawnym losie. Ludzie, którzy do niedawna sami byli ciemiężeni zakuli w kajdany niewolnicta tubylców. Tak oto narodził się główny konlfikt, który będzie rozrywał kraj przez wiele lat. Od proklamowania niepodległości w 1847 roku przez ponad półtora wieku potomkowie przybyszów z USA rządzili większością rdzennych mieszkańców. Wszystko się zmieniło w 1980 roku, kiedy pochodzący z plemienia Krahn Samuel Doe postanowił odmienić los swoich pobratymców, jak również( a może przede wszystkim) swój. Jak to już wiele razy bywało, początkiem rewolucji stał się wystrzał z pistoletu, którym to Doe rozprawił się z prawowitym prezydentem, Williamem R. Tolbertem Jr. Mieszkańcy tego niewielkiego kraju, wzorem wielu większych państw mogli się przekonać, że raz rozpoczęta rewolucja szybko przekształca się w chaos i w krótkim czasie mało kto pamięta o co w tym wszystkim chodzi. Tak więc wybawiciel ubogich Doe został zabity przez innego wybawiciela Yormie Johnsona. Karierę "Księcia" Johnsona przerwał jego niedawny sojusznik Charles Taylor, zdobywając prezydenturę dla siebie. Tego ostatniego Liberia pożegnała w 2003 roku, kiedy zagrożony przez rebeliantów schronił się w Nigerii. Na pożegnanie dodał, że "jak Bog pozwoli to jeszcze tu powróci" więc niczego nie można do końca przesądzać. Pewną stabilizacje zapewniły dopiero oddziały ONZ, które jednak nie wychylają się poza większe miasta. Na rok 2005 zaplanowano powszechne wybory prezydenckie.
Do takiego właśnie kraju powrócił George Weah, milioner. Jeszcze za prezydentury Taylora został trenerem kadry liberyjskiej. W kraju, gdzie dochód narodowy na mieszkańca nie przekracza 150 dolarów, porsche byłego gwiazdora musiało budzić zrozumiały respekt. Zwłaszcza, że na tablicy rejestracyjnej błyszczał napis: "4 ME ONLY"(wyłącznie dla mnie). Niestety ani doświadczenie z najlepszych boisk świata, ani przyjacielskie stosunki z urzędującym prezydentem, nie zapewniły sukcesu narodowej drużynie. Weah, porzucił sport dla wyższych celów i stał się ambasadorem dobrej woli z ramienia ONZ. Jego pierwszym sukcesem było uwolnienie czworga reporterów uwięzionych w liberyjskim więzieniu pod pretekstem szpiegostwa. Mimo braku doświadczenia na dyplomatycznej arenie, mimo dość krótkiej przygody z edukacją, Weah sprostał wyzwaniom. Z pewnością mógłby liczyć na szybki awans w onzetowskiej drabinie kariery jednak Liberia ponownie o sobie przypomniała. Tym razem przed byłym mistrzem futbolu stanęło poważniejsze zadanie niż poprowadzenie drużyny piłkarskiej. Tym razem lidera potrzebuje cały naród, naród pełny podziałów i sprzeczności, naród gdzie od ponad ćwierć wieku nie było pokoju. W oczach wielu rodaków, ten były piłkarz jawi się jako jedyna szansa na zmianę ich losu: " Myślę, że będzie(Weah) dobrym prezydentem ponieważ jest bogaty więc nie będzie okradał narodu, a poza tym ma serce dla kraju." Ta wypowiedż udzielona dla agencji informacyjnej AP przez jednego z uczestników niedawnego wiecu poparcia dla Weah jest reprezentatywna dla większości społeczeństwa. Każdy z dotychczasowych prezydentów, począwszy od Doe, z prostego żołnierza w krótkim czasie przeistaczał się w milionera. Nie dziwi więc fakt, że majątek piłkarza budzi taki respekt i daje status nieprzekupnego.
George Weah posiada niemałą kolekcję piłkaskich nagród.Trzykrotnie był wybierany piłkarzem Afryki, w 1995 roku zdobył tytuł najlepszego piłkarza świata, rok póżniej otrzymał nagrodę FIFA za postawę fair - play. W końcu, w 1999 roku został uhonorowany nagrodą dla piłkarza stulecia w Afryce. Czy tak pokażną kolekcje umieści kiedyś w pałacu prezydenckim? Jeśli wierzyć sondażom opinii publicznej ma ku temu ogromną szansę. Będzie z pewnością głównym kandydatem jeśli na przeszkodzie nie stanie znowu jakiś "wybawiciel" opętany myślą poprawy losu karabinem.