Organizacje do reformy: Unia Europejska

23-01-2007

Autor: Piotr Wołejko

Problemy Unii Europejskiej są podobne do tych, które trapią Narody Zjednoczone. Jednym tchem można wymienić tutaj rozrastającą się w szalonym tempie biurokrację, nieprawidłowości w finansach oraz trudności w podejmowaniu decyzji. Unia ma jednak także swoje własne – unikalne – problemy. Dotyczą one tożsamości tej organizacji, tożsamości państw oraz narodów europejskich.


Czy Unia powinna być superpaństwem, Stanami Zjednoczonymi Europy na wzór USA? Czy może Europą Narodów jak to określił Charles de Gaulle? Jakie są granice Europy i do jakiego momentu Unia może się poszerzać? Czy siła UE tkwi w jej jedności, czy też różnorodności? I wreszcie, jakie są wartości spajające Unię i jej narody? Są to fundamentalne pytania, na które w chwili obecnej brak odpowiedzi. Co gorsze, brak także poważnej dyskusji, debaty – nawet nie ogólnoeuropejskiej, choć byłaby ona pożądana – ale i wewnątrzpaństwowej.

Unia Europejska przechodzi dziś kryzys tożsamości i nie bardzo wie, w jakim kierunku powinna pójść. Tymczasem, gdy ktoś stoi w miejscu, to znaczy, że się cofa. Proces integracji Europy uległ wyhamowaniu i nie może ponownie nabrać rozpędu. Przyczyn tego stanu rzeczy należy szukać zarówno w Brukseli, jak i w poszczególnych państwach członkowskich. Jakie one są? Po pierwsze, oderwanie elit – zarówno wewnątrzpaństwowych, jak i europejskich – od obywateli. Skutkiem tego były porażki referendów konstytucyjnych (Traktatu Ustanawiającego Konstytucję dla Europy) we Francji i w Holandii oraz zwycięstwo w wyborach parlamentarnych na Słowacji i w Polsce sił nacjonalistycznych i eurosceptycznych. Narody Europy mają trudności ze zrozumieniem tego, co oferuje im Unia Europejska. I nie ma na to wpływu fakt, że coraz więcej inwestycji i programów jest współfinansowanych z funduszy europejskich, a informacje o tym, że dana droga czy budynek zostały sfinansowane przez UE można znaleźć praktycznie na każdym kroku. Społeczeństwa są nastawione roszczeniowo i wydaje im się, że te pieniądze po prostu się im należą. Nie mają natomiast żadnej refleksji dotyczącej Unii jako organizacji. Traktują ją jako „dojną krowę” z jednej, a winnego niepowodzeń z drugiej strony. Nie dzieje się tak oczywiście wszędzie, ale nastroje takie są coraz powszechniejsze. Zwykłego obywatela mało obchodzi, co dzieje się w dalekiej Brukseli – przy czym nie ma znaczenia rzeczywista odległość od stolicy Unii, to samo myślą zarówno w Utrechcie i w Katowicach. Jak pisałem na początku tego akapitu, jest to wynik kryzysu – a właściwie braku – tożsamości Unii.

Główną tego przyczyną jest brak prawdziwych liderów na skalę europejską – osób pokroju Winstona Churchilla, Roberta Schumana czy Konrada Adenauera. Związany jest z tym brak przywództwa i wizji. I chyba to ostatnie jest najsmutniejsze i najbardziej widoczne u obecnych liderów. Jakie pomysły na Unię ma Jose Luis Zapatero, Dominique de Villepin czy nawet Angela Merkel? Co mają do zaproponowania na temat problemów trapiących Europę? Pierwsi dwaj są absolutnie niewyraziści, natomiast Angela Merkel – z którą wielu polityków i ekspertów wiązało wielkie nadzieje – łudzi się, że uda się reanimować traktat konstytucyjny. Czy potrzebne są inne przykłady kompletnego braku wizji rozwoju Unii? Jeśli najlepszym pomysłem jest próba wyciągania trupa z szafy i udawania, że jest to nowonarodzona osoba, to znaczy że europejskie elity są przerażająco pozbawione wyobraźni i wyalienowane od społeczeństw, którym przewodzą. Niektórzy powiedzą – po części słusznie, bo takie są zasady demokracji – że mamy takich liderów, jakich wybraliśmy; że rządzący są emanacją rządzonych. Byłoby to jednak całkowicie słuszne, gdyby frekwencja w wyborach sięgała przynajmniej 85-80%. Tymczasem zwykle jest ona niższa o 20% lub nawet o połowę, co nie jest miarodajne. Coś jednak musi być w tym braku liderów, skoro wielu – często większość – wyborców głosuje nogami i na wybory w ogóle nie chodzi. A są to zwykle ludzie najbardziej kreatywni i przedsiębiorczy, w wieku do 35-40 lat – klasa średnia. Czy są oni aż tak zajęci pracą i pomnażaniem majątku, czy nie mają na kogo zagłosować? W takiej organizacji jak Unia Europejska, problemy na „samym dole”, czyli w państwach członkowskich, bardzo szybko przenoszą się na „samą górę”. Co jest jednak przyczyną, a co skutkiem – tzn. oderwanie elit od wyborców przyczyną, a brak liderów skutkiem – czy na odwrót – nie da się prosto ustalić. Sprytnym zabiegiem byłoby stwierdzenie, że oba te czynniki to zarówno przyczyny, jak i skutki. Sprowadza to jednak wszystko do zgrabnej figury retorycznej – mianowicie, że cała ta sytuacja to błędne koło, z którego nie ma wyjścia. A z każdej sytuacji jest wyjście, tylko nie zawsze łatwo da się je znaleźć. Aby nasi liderzy nie byli tak mdli i pozbawieni wizji, powinniśmy od nich domagać się klarownych pomysłów i strategii. Oni tymczasem, widząc taką potrzebę, musieliby je tworzyć, gdyż inaczej wyborcy nie oddaliby na nich głosu. Rozwiązanie proste, jednak nie do zastosowania we wszystkich krajach Unii. Raczej tylko w tych, które mają rozwinięte struktury społeczeństwa obywatelskiego. Oczywiście, nie każdy kraj musi mieć koniecznie lidera na miarę Adenauera czy Schumana.

Pozostawmy jednak na boku problemy z przywództwem, ponieważ nawet brak wyrazistych osobowości nie musi oznaczać zastoju w organizacji, jaką jest Unia Europejska. Wydaje się, że epoka przywódców z prawdziwego zdarzenia skończyła się w latach 60. ubiegłego stulecia, kiedy kształtowały się zręby unijnych organizacji. Teraz nastała era zręcznych technokratów, osób pozbawionych osobowości, ale skutecznych i efektywnych. Zamiast gwiazd – pracusie, zamiast działań często na pokaz – praca, zamiast błysków fleszy i owacji na stojąco – ciężka praca w zaciszu gabinetów. Można powiedzieć, że taki jest niedościgniony ideał, ulotne marzenie, które nigdy się nie zrealizowało i nie zrealizuje. Z drugiej strony, całkowity brak liderów byłby niepożądany i męczący. O ileż to zwykli obywatele wolą polityków, którzy potrafią jednym przemówieniem porwać tłumy od zwyczajnych „szaraczków”, ludzi z tła, którzy ledwo klecą 3 zdania i dukają je zmieszani i zawstydzeni. Można wysnuć hipotezę, że w czasach trudnych – momentach, gdy niezbędne są odważne działania i głębokie zmiany – liderzy są niezbędni i znajdują się. Natomiast w czasach spokojnego rozwoju takie postaci są niepotrzebne i często eliminowane jako skrajne i radykalne. Niestety, może się to przerodzić w kult przeciętniactwa i utrącanie przez mniej zdolnych ale mających więcej władzy nieudaczników prawdziwych osobowości i liderów. Wierzę, że taki proces nie nastąpił w Unii Europejskiej, ani w krajach członkowskich. Byłaby to wyjątkowo zła wróżba w chwili, gdy poważna debata i związane z nią zmiany są konieczne i niezbędne tak, jak tlen do oddychania.

Wracając do problemów, nie można nie poruszyć dwóch niezwykle istotnych spraw. Pierwsza to mechanizm decyzyjny, który jest niedostosowany do obecnego kształtu Unii. Był on skuteczny gdy liczyła ona 15 członków, ale stał się nieefektywny przy niemalże dwukrotnie większej liczbie. Od stycznia 2007 roku w Unii będzie 27 państw, więc o podjęcie decyzji będzie jeszcze trudniej. Wynika to z tego, że Unia ma stosunkowo niewielkie kompetencje – głównie w dziedzinie handlu – pozostałe dziedziny pozostały pod kontrolą państw, a także z trudności w dostosowaniu starych mechanizmów – przystosowanych do UE-15 – do nowej Unii – UE-25, a wkrótce UE-27. Usprawnienie „trybów maszyny” jest bardzo trudne, ponieważ niektóre kraje wyjątkowo mocno bronią swoich interesów, a przede wszystkim obecnej pozycji. Stąd fiasko próby zmian świetnie obrazuje niefortunne dość zdanie Jana Rokity – „Nicea albo śmierć”. Wcześniej w tak twardym stanowisku wspierała nas Hiszpania, ale po wyborach w 2004 roku, kiedy w wyniku zamachów w Madrycie władzę stracił Jose Maria Aznar, pozostaliśmy praktycznie samotni w kwestii obrony Nicei. Dopiero fiasko referendów konstytucyjnych we Francji i w Holandii spowodowało, że wszelka próba reform została skutecznie zatrzymana. Może to i dobrze, gdyż traktat konstytucyjny był – co dla Unii charakterystyczne – przydługim nudnym tekstem, pełnym okrągłych i ładnie brzmiących – ale raczej pustych – haseł oraz zbiorem pobożnych życzeń. Francuzi i Holendrzy wyświadczyli Europie przysługę odrzucając ten bubel, który pretendował do zaszczytnego miana konstytucji dla Europy. Niestety, przyczyny jego odrzucenia mają mało wspólnego z jego treścią, a są po prostu odbiciem niechęci obywateli do rządzących oraz zaniepokojenia sytuacją społeczno-gospodarczą. Wystarczy przypomnieć sobie protesty i demonstracje, które sparaliżowały Francję, kiedy Komisja Europejska zapowiedziała powrót do prac nad tzw. dyrektywą Bolkesteina. Dyrektywa ta nie miała innego celu, jak faktyczne zrealizowanie podstawowych wolności zawartych w traktach ustanawiających poprzedniczki Unii Europejskiej – wolność przepływu kapitału, towarów oraz ludzi. Urzeczywistnienie tych – zdawałoby się oczywistości – miało przynieść Europie kilka milionów miejsc pracy oraz 600 miliardów euro wzrostu PKB. Nie udało się dyrektywy przyjąć w jej pierwotnym kształcie, m.in. z powodu histerycznych francuskich reakcji. Uosobieniem niechęci obywateli Republiki Francuskiej do dyrektywy Bolkesteina oraz otworzenia się na pozostałe, głównie nowe, kraje Unii stał się polski hydraulik. W ten sposób strach o miejsca pracy i antykapitalistyczne fobie spowodowały wiele złego. W Holandii zwyciężyły głównie nastroje antyimigracyjne, czego przyczyną było zabójstwo przed islamskiego fundamentalistę znanego reżysera Theo van Gogha.

Drugi problem dotyczy tożsamości Unii i jej obywateli, wspólnych wartości integrujących unijne społeczeństwa i które odróżniają Europejczyków od innych narodów i cywilizacji – jak ująłby to Samuel Huntington. Kryzys tożsamości to problem głęboki i wymagający rozwiązania zarówno na poziomie Unii, jak i na poziomie poszczególnych państw. Idąc tropem autora „Zderzenia cywilizacji”, przyczyną tego kryzysu jest wzrost nastrojów antyamerykańskich i podział w cywilizacji Zachodu. Nastąpiło to po upadku Związku Radzieckiego, kiedy zniknął jasno określony wróg całej cywilizacji – jednak symptomy podziałów było widać już w latach 80. ubiegłego stulecia. Przejawiało się to m.in. w postawie RFN w trakcie stanu wojennego w Polsce, gdy Bonn twierdziło, że to sprawa wewnętrzna Warszawy. Już wtedy, po pewnym okresie epoki detente – odprężenia – niektóre kraje Zachodu nie miały już żadnego interesu w przyjmowaniu konfrontacyjnej postawy wobec Sowietów. Odprężenie przynosiło obopólne korzyści i niektórzy chcieli, aby ten stan trwał jak najdłużej. Kiedy konfrontacyjna i twarda postawa Ronalda Reagana wobec „Imperium Zła” spowodowała jego upadek, Zachód stracił jedynego wroga – najważniejszą przyczynę, dla której kraje zachodnie integrowały się z Ameryką. Moment rozpadu ZSRR jest jednocześnie początkiem problemów NATO, ale o tym w dalszej części artykułu.

Jak już powiedziałem, pierwszym symptomem kłopotów z tożsamością jest antyamerykanizm. Jest to niestety tendencja stała, choć jej apogeum mamy już za sobą. Nie można jednak być optymistą w kwestii poprawy wzajemnych relacji i to z kilku powodów. Najbardziej oczywisty to różnice interesów Stanów Zjednoczonych i Europy. Ameryka będzie bowiem bronić swoich interesów niezależnie od tego, co na ten temat uważa Unia Europejska. Interesy USA są globalne, a Europy niestety raczej regionalne. Oczywiste więc jest, że Waszyngton nie będzie się liczył z głosem Paryża czy Brukseli, kiedy jego żywotne interesy będą zagrożone. Może co najwyżej podziękować za wyrazy wsparcia, ale nie weźmie pod uwagę odgłosów sprzeciwu. Co prawda po przejęciu kontroli nad Kongresem przez Demokratów politycy europejscy mają nadzieję na ograniczenie amerykańskiego unilateralizmu, ale zapominają o oczywistym fakcie – polityka zagraniczna to kompetencja prezydenta, a tym przez najbliższych kilkanaście miesięcy będzie George W. Bush. Co prawda nikt nie jest w stanie przewidzieć wyników wyborów, ale wcale nie jest przesądzone, że zwycięży w nich kandydat Demokratów. Europa tymczasem nie może pogodzić się z tym, że Waszyngton lekceważy jej głos, a Waszyngton nie rozumie, czemu Europa sprzeciwia się praktycznie wszystkim działaniom amerykańskim. W ten sposób relacje transatlantyckie uległy znacznemu osłabieniu, a najbardziej wyrazistym tego przykładem był tzw. list ośmiu, ośmiu którym niektóre kraje „nowej Europy” oraz Hiszpania poparły amerykańską interwencję w Iraku w 2003 roku. Natomiast wyrazem niechęci wobec USA i ich sojuszników były słowa prezydenta Chiraka, który powiedział o krajach mających wstąpić do UE, że „straciły okazje, żeby siedzieć cicho”. Nie tylko jednak osłabienie więzi z Ameryką powoduje kryzys tożsamości – ale jest to bardzo istotne, gdyż niektórzy obywatele nie rozumieją kompletnie, dlaczego sojusznicy przyjmują wobec siebie często wrogie postawy. Druga przyczyna kryzysu tożsamości to jakość naszych – europejskich – elit politycznych i naukowych, konkretnie to, co one głoszą. A są to głównie elity lewicowe, czasem wręcz lewackie – tzw. pokolenie 1968 roku. Lewicowa postawa elit oraz ich działalność to bardzo ważna przyczyna kryzysu tożsamości, choć niewielu jest w stanie to przyznać i powiedzieć o tym głośno. To przez lewicowe elity w Europie postępuje wypranie z tradycyjnych wartości, na których ojcowie założyciele opierali fundamenty prekursorek Unii Europejskiej. Są to wartości judeochrześcijańskie bardzo szeroko pojmowane. To właśnie religia i związane z nią wartości odróżniały nas od innych, a jednocześnie zbliżały Europę do Ameryki. Nie ma lepszego czynnika integracyjnego obcych sobie narodów i grup etnicznych (wcześniej często wrogich lub nieprzyjaznych) od wspólnych wartości. Słusznie twierdzi Samuel Huntington, gdy mówi, że religia i kultura to dwie podstawy każdej cywilizacji. A nasza cywilizacja Zachodu jest oparta na tradycjach judeochrześcijańskich, na tym oparta jest nasza kultura. Jednak wszystko co związane z religią nie podoba się lewicowym elitom, które dążą do laickości i sekularyzmu za wszelką cenę. Ważniejsza od wspólnoty wartości jest poprawność polityczna oraz wymuszana tolerancja. Tradycyjne wartości są wypierane z życia zwykłego obywatela, a na ich miejsce promowane są uniwersalistyczne – w mniemaniu ich autorów – nowe wartości: tolerancja, laickość oraz – w pewnym uproszczeniu – wartości przeciwne do tych judeochrześcijańskich. Z wielkim upodobaniem rozbija się ostatni bastion dawnych wartości i tradycji – rodzinę. Teraz rodzina to już nie związek kobiety i mężczyzny stworzony w celu posiadania i wychowania potomstwa, ale także związek dwóch osób tej samej płci. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że to atak na rodzinę i chęć rozbicia jej za wszelką cenę jest przyczyną wielu negatywnych tendencji, które mają teraz miejsce w Unii. Przyjrzyjmy się im bliżej.

Jako podstawa tradycyjnego społeczeństwa rodzina była oczywistym celem ataku ze strony lewicowych reformatorów. Uosabiała bowiem te wartości, które chcieli oni wyplenić albo poważnie zminimalizować ich zasięg. Dlatego zniszczenie rodziny jako podstawowej komórki „starego społeczeństwa” było niezbędne na drodze budowy społeczeństwa nowego, wyznającego nowe wartości. Jakie to wartości opisałem powyżej, teraz pokażę, jak rozbicie rodziny przyczyniło się do problemów współczesnej Europy – zwłaszcza do jednego, ale mającego poważne konsekwencje. Oczywiście jest to kryzys demograficzny, który jest i będzie – ponieważ problem się pogłębia – ogromnym kłopotem poszczególnych państw unijnych. Wkrótce okaże się, że nie będzie miał kto pracować na coraz dłużej żyjących emerytów, wielu z nich z pokolenia tzw. powojennego boomu demograficznego. Kiedyś na jednego emeryta pracowało czterech aktywnych zawodowo pracowników – obecnie ok. dwóch, a liczba ta cały czas się obniża. Niechybnie doprowadzi to do katastrofy systemy ubezpieczeń emerytalnych – czyli budżety, z których emerytury są finansowane. Niestety, przyrost naturalny w większości państw nie podnosi się i co gorsze, nie ma podstaw do tego, aby wierzyć, że sytuacja się odwróci. Tymczasem obce kulturowo Zachodowi cywilizacje, zwłaszcza znajdująca się bardzo blisko Europy cywilizacja muzułmańska, notuje bardzo wysoki przyrost naturalny. Liczba osób w wieku 15-24 lat gwałtownie wzrasta i sięga w wielu krajach muzułmańskich blisko 20% całej populacji. Ludzie ci szukają nowych możliwości i często wybierają emigrację – nie dziwne, że ich celem jest zamożna i potrzebująca rąk do pracy Europa. W ten sposób przez rozbicie rodziny jesteśmy skazani na „import” praktycznie wszystkich obcokrajowców, którzy zawitają na nasz kontynent. Nie możemy przeprowadzać żadnej selekcji, gdyż ktoś musi pracować na emerytury dla starzejących się społeczeństw. O islamizacji Europy będę jeszcze pisał, tutaj chciałem tylko zwrócić uwagę na jedną z przyczyn tego problemu. Kończąc wywód o rodzinie, choć można by na ten temat powiedzieć dużo więcej, należy dodać jeszcze, że upadek rodziny w oczywisty sposób przyczynia się do rosnących problemów z tymi nielicznymi dziećmi, które w Europie się rodzą. Są to problemy wychowawcze, spowodowane trudnościami w porozumieniu się rodziców z ich dziećmi. Zostawmy to jednak specjalistom – idźmy dalej.

Elementem kryzysu tożsamości Europy jest wspomniana niedawno islamizacja Europy oraz napływ coraz większej liczby imigrantów. Nie podzielam w całości pesymistycznych wizji Orianny Falacci, ale ma ona wiele racji. Jak zwykle problem islamizacji Europy jest bardzo złożony i nie sprowadza się wyłącznie do napływu ludzi wierzących w Allaha. To samo w sobie nie jest złe, gdyż to nie religia powinna decydować o tym, czy ktoś jest zagrożeniem dla innych czy nie. Tak do końca niestety nie jest, ale dojdziemy do tego. Spójrzmy najpierw na „nasze winy” – problemy leżące po naszej stronie. Dwa są najistotniejsze i – co nie powinno nikogo zaskoczyć – brzmią znajomo: poprawność polityczna i tolerancja. Są to piękne i słuszne sformułowania, ale odbiegły bardzo daleko od swojego pierwotnego znaczenia. Poprawność polityczna oznaczała zjawisko (powstałe w USA) zastępowania określeń uznawanych za negatywne (pejoratywne) bardziej neutralnymi; rodzaj cenzury publicznej lub autocenzury. Z biegiem lat przemieniło się to jednak w paranoję, a autocenzury mógłby nam zazdrościć Orwellowski Wielki Brat. Sami, choć pod wpływem lewicowych elit, narzuciliśmy sobie swoiste dwójmyślenie - wyznawanie dwóch sprzecznych poglądów i wierzenie w oba naraz – oraz nową kategorię zbrodni – myślozbrodnię, co oznacza zbrodnię popełnioną w myślach. Celnie poprawność polityczną zdefiniował dr hab. Jacek Bartyzel – „swoisty kodeks językowy oraz zespół zachowań i opinii prezentowanych jako "antydyskryminacyjne", dotyczących zwłaszcza rasy, płci, seksu i ekologii, prezentowanych przez wpływowe kręgi lewicowe i postępowo-liberalne, które dążą do narzucenia tych zasad społeczeństwu, a napiętnowania i odrzucenia zasad im przeciwnych, uznanych za "politycznie niepoprawne". Tolerancja natomiast oznaczać powinna tolerowanie innych religii i przekonań, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy. Niestety, wobec islamu oznacza ona brak zgody na jakąkolwiek krytykę, a wobec np. katolicyzmu zgodę na nawet najbardziej plugawe pamflety. Dzisiaj nie można więc skrytykować w żaden sposób muzułmanów, ich postaw i zachowań, bo będzie to oznaczało dyskryminację rasową i religijną. Nie możemy krytycznie odnieść się nie tylko do zachowań „dobrych”, ale przede wszystkim do zachowań „złych”. Co rozumiem przez pojęcie „złe” zachowania? Np. straszne oburzenie zacytowaniem przez papieża Benedykta XVI słów bizantyjskiego cesarza Manuela Paleologia, mówiący o islamie jako o religii wojny i przemocy. Tyczy się to także histerycznej reakcji na karykatury Mahometa opublikowane (zresztą kilka miesięcy wcześniej miało to już miejsce) w duńskiej gazecie. Chodzi również o palenie flag państw UE oraz lawinę obraźliwych słów pod adresem wszystkich polityków i zwykłych obywateli, którzy bronili fundamentalnej wartości zjednoczonej Europy a demokracji w ogóle – wolności słowa.

Dotykamy tutaj bardzo istotnej sprawy. Mianowicie, wykorzystywania przez muzułmanów praw i wolności przysługujących wszystkim obywatelom, a będących fundamentami demokracji oraz liberalizmu do obrony swoich własnych praw oraz atakowania Europejczyków, którzy wykorzystując te same prawa odważą się w jakikolwiek sposób skrytykować wyznawców Allaha. Sytuacja wygląda więc tak, że muzułmanie – przy bierności elit europejskich – wykorzystują tylko te wartości i tylko w taki sposób, aby było to dla nich korzystne, jednocześnie nie dopuszczając do wykorzystania tych samych wartości do jakiejkolwiek krytyki. Powód? Brak tolerancji wobec wyznawców islamu oraz poprawność polityczna. Europa nie tyle sama knebluje sobie usta, co czynią to lewicowe elity przy udziale i poklasku muzułmanów. Mamy więc do czynienia z nieprawdopodobną sytuacją: imigranci mówią nam, co możemy o nich mówić i pisać. A skoro wszelka krytyka jest niedozwolona możemy tylko imigrantów chwalić albo nie mówić nic. Ergo ogranicza się więc nasze własne prawa i swobody w imieniu tolerancji i poprawności politycznej. Oznacza to expresis verbis tyle, że stajemy się obywatelami drugiej kategorii w naszych własnych państwach, z czego muzułmanie starają się czerpać jak największe korzyści. Oczywiście nadużyciem byłoby stwierdzenie, że wszyscy muzułmanie są tacy sami i niedopuszczalne jest wrzucanie ich do jednego worka. Niestety, najbardziej widoczni są fundamentaliści, radykałowie i ekstremiści, na których słowa podatnych jest coraz więcej młodych – najczęściej urodzonych już w Europie – muzułmanów. Tworzy się swoista piąta kolumna zagrażająca nie tylko spójności Unii, ale poszczególnych narodów ją tworzących. Wynika to także z tego, że – po pierwsze – wielu muzułmanów nie chce się ze swoimi nowymi ojczyznami integrować, a po drugie z tego, że rządy zaniedbały kwestię asymilacji imigrantów i powstała bardzo niebezpieczna sytuacja. Świetnym przykładem są tutaj francuskie przedmieścia zamieszkiwane w znacznej większości przez imigrantów muzułmańskich z Afryki, które zapłonęły rok temu i były miejscem trzytygodniowych walk imigrantów (oraz zwykłych przestępców, chuliganów) chuliganów policją. Dlaczego przedmieścia zapłonęły? Nie dlatego, że zginęło dwóch imigrantów-przestępców ściganych przez policję. To była tylko kropla, która przelała czarę goryczy, iskra, która podpaliła beczkę z prochem. Prawdziwą przyczyną był brak asymilacji imigrantów i ich – często skandalicznie – niski poziom życia. Brak pracy, brak perspektyw, bieda, nędza, wrogość (często skrywana, ale dająca się odczuć) białych do imigrantów. Zamknięci w swoistych gettach muzułmanie – ogólnie imigranci, ale w większości islamscy – nie wytrzymali upokorzeń, co było przyczyną wybuchu pewnego rodzaju powstania. I choć zamieniło się ono w zwyczajne uliczne bijatyki, podpalanie samochodów (swojego rodzaju francuska tradycja) i okradanie sklepów, to jednak praprzyczyną była bieda i brak szans wyjścia z niej. Oczywiście, pewna część winy leży po stronie imigrantów, którzy sami zamieszkiwali w miejscach, gdzie byli otoczeni przez swoich „pobratymców”, osoby z tych samych plemion, narodów i wyznawców tej samej religii. Sami skazywali się na izolację, jednak państwo nie uczyniło nic, aby ich z tej izolacji wyrwać.

Trzeba było zamachów na pociągi w Madrycie, ataków terrorystycznych na londyńskie metro i autobusy oraz zamieszek we Francji, aby zwrócić uwagę polityków i opinii publicznej na poważny problem, jaki stanowi rosnąca w szybkim tempie mniejszość muzułmańska w poszczególnych krajach Unii. Co więcej, większym zagrożeniem i problemem okazali się nie napływający imigranci, ale urodzone i wychowane w Europie dzieci imigrantów z lat 60., 70. i 80. To oni są bardziej podatni na indoktrynację radykalnych imamów, a nie imigranci napływający z krajów islamskich. Najwłaściwszym wytłumaczeniem dla tego rodzaju „odkrycia” wydaje się sformułowana przez Samuela Huntingtona koncepcja Odrodzenia Islamu. Odrodzenie to porównał on do Reformacji w Kościele Katolickim, a polega ono na powrocie do tradycyjnych wartości, do czystej religii – często radykalnej. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest wyalienowanie młodych (stanowiących do 20% populacji niektórych państw muzułmańskich, podobnie jest wśród niektórych społeczności muzułmańskich żyjących na emigracji) ludzi w epoce szybkiego postępu technicznego, globalizacji i zaniku tradycyjnych wartości. Wychowani w miastach lub wielkich metropoliach młodzi muzułmanie poczuli się szalenie wyobcowani ze społeczności, w których żyją. Poszukiwali więc jakichś wartości, które nadałyby sens ich życiu, wypełniły pustkę duchową. Stąd powrót do tradycji, czyli do religii. Podobne „nawrócenie” ma także miejsce w Stanach Zjednoczonych, jednak istotną różnicą jest fakt, że tam nawracają się głównie osoby w wieku średnim. Ruch tzw. „nowonarodzonych” jest powszechny i liczy dziesiątki milionów nowonawróconych wiernych. Jednym z nich jest np. prezydent George W. Bush. Oba ruchy są o tyle podobne, że następuje powrót do „czystej religii”, jednak poważną różnicą jest to, że młodzi muzułmanie nie zmieniają religii, a wracają do islamu. Natomiast amerykańscy nowonarodzeni najczęściej zmieniają wyznanie katolickie na protestanckie, ewangeliczne. Powrót do religii pozwala odbudować stronę duchową i wypełnia pustkę powstałą w wyniku skomplikowanych procesów społeczno-ekonomicznych. Jakże żałośnie wyglądają europejskie społeczeństwa, świadomie i z premedytacją wyprawne z tradycyjnych wartości przez lewicowe elity w porównaniu do amerykańskich nowonarodzonych czy młodych muzułmanów, którzy wrócili do wiary dzięki Odrodzeniu Islamu.

Kwestie napływu obcych kulturowo i cywilizacyjnie imigrantów należy rozwiązać na szczeblu europejskim, gdyż pojedynczo kraje nie będą w stanie poradzić sobie z tym problemem. Imigracja jest niezbędna w większości państw tzw. „starej Europy”, aby utrzymać wysoki poziom życia przyszłych emerytów, dlatego niezbędne są regulacje, które uporządkują ten proces. Dodatkowo, konieczne są programy asymilujące zarówno przybywających, jak i już żyjących w państwach Unii imigrantów ze społeczeństwami tych krajów. Czy jest to jednak możliwe, skoro miejsce tradycyjnych wartości zastąpiły uniwersalistyczne bzdury, które zamiast dawać równe prawa wszystkim, wywyższają jednych kosztem drugich? Czy w ogóle możliwa jest asymilacja, nawet jeśli nastąpiły powrót do wartości judeochrześcijańskich? Czy te wartości nie byłyby sprzeczne z wartościami oraz światopoglądem imigrantów? Do jakiego stopnia powinniśmy dostosowywać się do obcych przybyszów, a do jakiego stopnia oni powinni dostosować się do nas? Czy może powinniśmy zarzucić próby asymilacji jako niemożliwe do zrealizowania hasła naiwnych optymistów? Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale o wiele bardziej groźne jest to, że nie zna ich także Unia Europejska. Nie tylko nie wie, jakiej udzielić odpowiedzi, ale nawet nie próbuje jej znaleźć. Nie wiadomo tylko, czy jest to przejaw krótkowzroczności obecnych jej liderów, czy przejaw wspomnianej wcześniej autocenzury i myślozbrodni. No bo jakże można w ogóle pomyśleć – żeby nie mówić o debacie – o rozwiązaniu problemów związanych z imigracją, zwłaszcza dotyczących islamskich przybyszów? Czy to się w ogóle godzi? Czy jest sens wystawiać się na histeryczne ataki organizacji islamskich, muzułmańskich imamów oraz lewicowych elit? Jeśli rzeczywiście ten drugi powód jest prawdziwy, to przyszłość Unii rysuje się w ciemnych barwach.

Bardzo chciałbym skończyć już omawiać kłopoty i problemy Unii Europejskiej, ale nie będzie mi to dane dopóki nie napiszę paru słów na temat dominujących przekonań ekonomicznych i promowanego modelu rozwoju gospodarczego. Znowu niewiele dobrego można na ten temat powiedzieć, ponieważ – zgadzam się tutaj całkowicie z ekonomistami, którzy tak twierdzą – Unia stworzyła nowy rodzaj socjalizmu, tzw. eurosocjalizm (w skrócie eurosoc). Jest to system oparty na niemieckim państwie dobrobytu (welfare state), francuskim przeroście zatrudnienia w sektorze państwowym oraz skandynawskim modelu pomocy socjalnej. Jaka jest nadrzędna idea eurosocu? Dobrze opisuje to cytat z Miliona Friedmana – choć dotyczy troszeczkę innej materii, ale nie całkowicie, co zaraz udowodnię – który powiedział, że najważniejsza jest wolność i to ją trzeba osiągnąć na początku. Jeśli bowiem osiągnie się wolność, prowadzi to do większej równości. Natomiast jeśli dąży się najpierw do równości, to nie uda się zrealizować ani dążenia do wolności, ani tym bardziej do równości. Friedman – liberalny ekonomista – celnie skomentował dążenie do równości jako skazane na porażkę, a to właśnie do niej, do powszechnego egalitaryzmu, dąży eurosoc. Jak mawiano w krajach demokracji ludowej, socjalizm dąży do tego, żeby wszyscy mieli mało, ale po równo. Eurosoc dąży do tego samego, jednak skutki są zupełnie odwrotne od oczekiwanych. Ingerencja rządu w gospodarkę, zarówno w zakresie państwowej własności, jak i legislacji jest niemalże nieograniczona – a tym szlakiem podąża niestety Komisja Europejska, produkująca tysiące stron przeróżnych regulacji, często w przerażającym stopniu szczegółowych i skomplikowanych. Jak wyliczył ostatnio komisarz Guther Verheugen, z powodu regulacji dotyczących przemysłu i handlu – ogólnie Wspólnego Rynku (Common Market), przedsiębiorstwa tracą rocznie 600 miliardów euro. Pamiętacie jeszcze, ile zysku dałoby przyjęcie pierwotnej wersji dyrektywy liberalizującej autorstwa holenderskiego komisarza Fritsa Bolkesteina? Tak, także ok. 600 miliardów euro. Jeśli więc zsumujemy ile moglibyśmy zyskać oraz to, ile tracimy, otrzymujemy astronomiczną liczbę 1 biliona 200 miliardów euro! Nawet jeśli po części – co jest prawdopodobne – straty i zyski po obu stronach się pokrywają, to przyjmując, że moglibyśmy zyskać ok. 1 biliona euro, i tak jest to suma zawrotna. Skoro więc tracimy – przedsiębiorstwa, a państwo przez niższe podatki i wydatki socjalne bezrobotnych postaci zasiłków dla bezrobotnych – rocznie 1 bilion euro, to znaczy, że eurosoc jest dla nas, dla każdego obywatela, skrajnie niekorzystny. Nie może więc dziwić, że najbardziej kreatywne osoby uciekają za Ocean, albo za Kanał – bo bliżej – do Wielkiej Brytanii i Irlandii. Przynajmniej ta ostatnia jawi się jako wysepka liberalizmu i zdroworozsądkowej polityki na tle sklerotyczno-socjalistycznego kontynentu. Znowu odwołam się do Miliona Friedmana, który tak komentował rolę rządów w gospodarce: „Rząd nie rozwiązuje problemów, rząd je tworzy” oraz „Rządowe rozwiązanie problemów są zwykle równie złe jak sam problem.”

Z Friedmanem nie rozstaniemy się podczas omawiania problemów gospodarek państw Unii Europejskiej. Oto kolejny cytat wielkiego ekonomisty: „Jeśli płacicie ludziom za to, że nie pracują a każecie im płacić podatki gdy pracują, nie dziwcie się, że macie bezrobocie”. Można powiedzieć, że jest to kwintesencja problemu bezrobocia w państwach europejskich oraz przerostu wszelkiej pomocy socjalnej dla niepracujących. Po co bowiem pracować, męczyć się, wstawać rano i wracać wieczorem – a potem oddawać ok. 40% (w Szwecji nawet 60%!) swojej pensji w formie podatków, skoro można siedzieć w kopciuszkach na fotelu i oglądać telewizję popijając zimne piwko i dostawać za to zasiłek dla bezrobotnych – często niewiele niższy (a czasem – o zgrozo – wyższy!) od możliwej do zarobienia pensji. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie w takiej sytuacji pracował. Niestety, rozwiązania proponowane przez europejskie rządy nie tyle nie polepszają sytuacji, co ją jeszcze pogarszają. Na końcu poprzedniego akapitu znajduje się jeden cytat przedstawiający działania rządu, a teraz dodam kolejny – również autorstwa Miliona Friedmana – „Jednym z największych błędów jest sądzenie programów politycznych i rządowych na podstawie ich zamiarów a nie rezultatów.” Aby zapoznać się z przykładami amerykańskimi należy sięgnąć do książki „Wolny wybór” Friedmana. Smutne jest to, że wiele rozwiązań europejskich jest tak samo – często jeszcze bardziej – szkodliwych jak te, opisane w „Wolnym wyborze”. Wiele problemów jest wspólnych, a wynikają one z niepohamowanej woli rządu do sprawowania kontroli nad coraz większą ilością aspektów życia jego obywateli. Dławienie w zarodku konkurencji i przedsiębiorczości poprzez ustanawianie kontrolujących bądź koncesjonujących wybrane dziedziny agencji oraz tworzenie drobiazgowych regulacji to normalne praktyki eurosocu. Znowu jest to wina lewicowych elit, dla których kapitalizm do diabeł wcielony i przyczyna wszelkiego zła na świecie. Dlatego trzeba ograniczać, regulować, kontrolować itd. działalność firm i obywateli w imię niejasno sprecyzowanego interesu publicznego. Ma to być interes wspólny, czyli interes wszystkich obywateli. Czy jednak w ogóle możliwe jest, aby wszyscy obywateli mieli wspólne interesy ekonomiczne (bo o takie tutaj chodzi)? Jak można pogodzić chęć konsumenta do nabycia produktu czy usługi po jak najniższej cenie z chęcią producenta lub usługodawcy do sprzedaży po cenie jak najwyższej? Czy pogodzeniem tych interesów będzie ustalenie ceny minimalnej lub maksymalnej, zależnie od potrzeby chwili, czy raczej oddanie kwestii ceny wolnemu rynkowi? Odpowiedź wydaje się tak oczywista, że aż nie sposób nie krzyknąć głośno – wolny rynek jest lepszy! Tymczasem nie jest tak wg europejskich elit, które są niechętne wobec wolnego rynku a cztery wielkie wolności – fundamenty Unii – przyjmują z nieskrywaną niechęcią. Ta sama odpowiedź – zupełnie różna od rzeczywistości – padnie przy pytaniach o to, czy lepsza jest globalizacja czy protekcjonizm oraz czy lepsza jest własność państwowa czy prywatna. Trzeba powiedzieć wprost, że utrzymywanie własności państwowej w postaci posiadania firm na własność przez państwo to anachronizm i przyczyna wielu patologii, takich jak korupcja, nepotyzm oraz w kategoriach ekonomicznych – marnotrawstwo zasobów, pieniędzy oraz pracy ludzi. To samo tyczy się protekcjonizmu, który oznacza jedno – większe wydatki konsumentów niż byłoby to możliwe i konieczne, gdyby państwo nie krępowało konkurencji i wolnego rynku. W imię obrony interesów poszczególnych grup zawodowych – jak hutnicy, górnicy, piloci, kolejarze, etc. – państwo przyznaje sobie kompetencje, aby obciążać wyższymi kosztami całe społeczeństwo. Co więcej, sondaże opinii publicznej pokazują, że obywatele zgadzają się z żądaniami tych grup zawodowych i popierają ich roszczenia. Jednak na głupio zadane pytanie zawsze musi paść głupia odpowiedź, jak głosi znane powiedzenie. Nikt bowiem nie pyta, czy obywatel zgadza się, by z jego pensji finansowane były podwyżki dla innych grup zawodowych czy wyższe ceny produktów wytwarzanych przez tą grupę. Nikt nie pyta, czy zgadza się, by z jego pieniędzy finansować przywileje w postaci wcześniejszych emerytur itd. Gdyby bowiem tak postawić pytanie, odpowiedzi byłyby zupełnie odwrotne – ok. 80% głosów byłoby przeciwko wszelkim przywilejom dla innych grup. Niestety nikt takich pytań nie zadaje, więc wyniki sondaży są takie a nie inne.

Reasumując, model gospodarczy w Europie sprzyja wolniejszemu wzrostowi gospodarczemu, wyższemu bezrobociu a przez to wielu innym problemom. Głównym problemem jest jednak to, że nie ma w najbliższej przyszłości szans na zmianę obecnego modelu, a wszelkie dotychczasowe próby zakończyły się fiaskiem. Nawet tak kosmetyczna zmiana, jak proponowana przez francuski rząd możliwość łatwiejszego zwalniania zatrudnionych młodych (do ok. 25 lat) pracowników przez pracodawców, gdy zmusi ich do tego sytuacja ekonomiczna. Natychmiast przeciwko ustawie zaprotestowali studenci oraz związki zawodowe – na ulice wyszły setki tysięcy agresywnie nastawionych ludzi, którzy w ogóle nie chcieli z rządem negocjować, ale kategorycznie żądali wycofania się z planów wprowadzenia tej ustawy. Rząd po paru tygodniach gorących protestów, okupacji uczelni i paraliżu komunikacji ugiął się pod presją i wycofał z proponowanej ustawy. Podobne sytuacje są normą we Włoszech, które przez tygodnik The Economist zostały w zeszłym roku nazwane „chorym człowiekiem Europy”. Wcześniej tym mianem określano chylące się ku upadkowi pod koniec XIX wieku Imperium Osmańskie, które przeżywało w tym okresie poważny kryzys gospodarczy i kulturalny – można powiedzieć cywilizacyjny.  To jednoznacznie pejoratywne stwierdzenie „dzierży” teraz Italia, której problemy gospodarcze są ogromne. Wzrost gospodarczy przez ostatnie lata był niemalże zerowy (obecnie wynosi ok. 1,7% PKB), a bezrobocie wynosi 7% (rok temu 7,8%). Nie są to wskaźniki alarmujące o fatalnym stanie gospodarki. Wskazują na to inne fakty, jak chociażby ten, że „PKB” wytwarzane przez mafię to ok. 40 do 60 miliardów euro rocznie. Mafia jest nadal silna we Włoszech, na południu stanowi wręcz państwo w państwie. Wszelkie próby głębszych reform zostały sparaliżowane przez masowe demonstracje. Od momentu przejęcia władzy przez lewicową koalicję pod przywództwem Romano Prodiego, protestów wcale nie ubyło. Ciągle strajkują dziennikarze, nagminne są strajki innych grup zawodowych, np. rzymskich taksówkarzy. Powoduje to paraliż miast a czasem całego kraju. Rozpasany model socjalnego państwa dobrobytu opartego o zasadę solidarności społecznej doprowadził do tego, że krajem faktycznie rządzą poszczególne grupy zawodowe – przez związki zawodowe – a rząd tylko administruje. Kiedy rząd wychodzi z roli administratora i próbuje przeprowadzić reformy, które uderzyłyby bądź w jedną grupę zawodową bądź w przywileje wszystkich grup zawodowych, zwłaszcza korporacyjnych, wtedy związki organizują masowe protesty i zaganiają rząd z powrotem pod kamień, pod którym wcześniej cicho siedział. Powszechnie mówi się, że nie ma już demokracji a zastępuje ją telekracja. Jest w tym dużo prawdy, a samo zjawisko telekracji jest niekorzystne dla państwa i społeczeństwa, ale o wiele bardziej szkodliwa jest związkokracja, którą określiłbym mianem rządów ulicy. Nie rządzi bowiem legalnie wybrany gabinet czy partie polityczne, ale potrafiące zebrać tysięcy wyprowadzić na ulice setki tysięcy (czasem wystarczy mniejsza liczba) ludzi związki zawodowe. Taka sytuacja paraliżuje rządzących, którzy są terroryzowani przez rządzonych. Ma to miejsce we Francji, Włoszech oraz w Niemczech, gdzie związki zawodowe są najsilniejsze. Natomiast zjawisko to praktycznie nie istnieje w Irlandii czy Wielkiej Brytanii, gdzie związki zawodowe są słabe. Jednak różna była droga do tego, aby przełamać potęgę związków – a najbardziej wyrazistym przykładem trudnej ale zakończonej sukcesem walki ze związkowcami są rządy Margaret Thatcher. Dlatego przytoczę tutaj kilka jej cytatów, pozwalając sobie na kilka słów komentarza. „Nie chcemy takiego społeczeństwa, w którym państwo odpowiada za wszystko, a nikt nie odpowiada za państwo.” Krótki, dosadny i jakże prawdziwy opis rzeczywistości w państwie dobrobytu. Dobrze komponują się z tym słowa Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, który powiedział: „Nie pytajcie, co kraj może zrobić dla was; pytajcie, co wy możecie zrobić dla kraju”. Jednak w „raju socjalnym” państwo nie oczekuje, że obywatele będą się o nie martwić, a zajmuje się wyłącznie tym, aby obywatele nie musieli się martwić o nic. Dlatego mamy często do czynienia z – zadziwiającym dla niektórych – brakiem postaw patriotycznych czy brakiem dumy z własnego kraju. Jak można być dumnym z czegoś, co nic od obywatela nie wymaga? Co więcej, takie nastawienie państwa sprzyja oderwaniu, separacji społeczeństwa od rządzących, powstawaniu podziału na „nas” – rządzonych, w domyśle dobrych i legendarnych już „onych” – rządzących, w domyśle złych. Brzmi to znajomo, prawda? Z takimi problemami boryka się w tej chwili Rzeczpospolita po wyjściu z socjalizmu. Tymczasem, takie same problemy mają niektóre – teoretycznie solidarne państwa dobrobytu. Piszę teoretycznie, bo jak można być solidarnym z kimś, kto tego nie ceni? Obywatele przyjmują postawę roszczeniową wobec państwa i uważają, że wszystko im się należy. Zabija to indywidualizm i przynosi klęskę zarówno państwu, jak i społeczeństwu. Model państwa dobrobytu taki właśnie jest – mamy jedną z wielu przyczyn, dla których obywateli nie interesuje nic, poza ich własnymi sprawami. A jest to winą państwa – dokładniej rządzących – którzy stworzyli taki system. System, w którym nikt za państwo nie odpowiada, a państwo chce odpowiadać za wszystkich.

„UE jest skazana na niepowodzenie, gdyż jest czymś szalonym, utopijnym projektem, pomnikiem pychy lewicowych intelektualistów.” Kolejny cytat Margaret Thatcher. Czy tak jest faktycznie? Czy nie uda się utrzymać istnienia Unii Europejskiej i musi ona upaść pod swym własnym ciężarem? Czy jest tylko kolosem na glinianych nogach? I wreszcie, czy Europa w związku z tym na zawsze pozostanie podzielona i zdezintegrowana?
Dużo jest racji w powyższych słowa pani premier. Otóż Unia jest tworem lewicowych elit i intelektualistów, powstała w opozycji do liberalnych i kapitalistycznych Stanów Zjednoczonych. Nie była symbolem jednoczenia się Zachodu, ale początkiem jego podziału. Stało się to widoczne w momencie przejęcia władzy w Unii przez tzw. pokolenie roku 1968 (wtedy wybuchły słynne zamieszki we Francji). Pokolenie to jest w znacznej części lewicowe i proekologiczne. O ile to drugie nie oznacza nic złego, to lewicowość już niestety tak. A konkretnie lewicowa nienawiść do kraju sukcesu i prawdziwego dobrobytu – Stanów Zjednoczonych. Efekty rządów ludzi roku 68 są niezbyt dobre, a skrajnym absurdem – niegdyś jeszcze osiągnięciem – jest Strategia Lizbońska. Przyjęta na posiedzeniu Rady Europejskiej w Lizbonie w 2000 roku strategia rozwoju, zakładająca uczynienie Europy najbardziej dynamicznym i konkurencyjnym regionem gospodarczym na świecie, rozwijającym się szybciej niż Stany Zjednoczone – i to w ciągu 10 lat, czyli do roku 2010! Takie były założenia, jednak – jak to w przypadku Unii często ma miejsce – większość haseł pozostała tylko na papierze. Znowu stworzono dokument pełny pięknych haseł, ale będących jedynie zbiorem pobożnych życzeń. W 2004 roku specjalna komisja pod przewodnictwem byłego premiera Holandii Wima Koka przygotowała raport, którego konkluzja była dla Europy wstrząsem: nie uczyniono praktycznie nic, aby USA dogonić, a przepaść między UE a Ameryką tylko się pogłębiła. Wiele przyczyn złożyło się na fiasko ambitnego planu, a najważniejsze to: brak zwiększenia inwestycji na sektor R&D (Research and Development), utrzymanie wysokich subsydiów rolniczych (pochłaniają blisko połowę unijnego budżetu), brak dyscypliny budżetowej przez państwa unijne, zwłaszcza członków strefy euro (nagminne przekraczanie limitu 3% deficytu w stosunku do PKB zawartego w Pakcie Stabilizacji i Rozwoju), brak koordynacji działań w ramach strategii między państwami członkowskimi oraz – to powinno być chyba na pierwszym miejscu – absolutnie idiotyczne założenie Strategii, czyli stawianie się w opozycji do Stanów Zjednoczonych. Oczywiście, unijne lewicowe elity nie mogły wznieść się ponad wrodzoną niechęć do Ameryki – niestety, oznaczało to uśmiercenie strategii zanim tak naprawdę się narodziła. Można to porównać do strzelenia sobie w obie stopy tuż przed długo przygotowywaną wyprawą przez pustynię Sahara. Jednak europejskie elity musiały postawić się w opozycji do USA, a strategia – w ich założeniu – miała sprawić, że Europa Amerykę prześcignie i nie będzie musiała dłużej żyć z kompleksem mniejszości wobec niej. Nie skorzystano ze sprawdzonych doświadczeń amerykańskich, tylko starano się znaleźć inną drogę, której – co było do przewidzenia – nie udało się znaleźć. Nie żyjemy bowiem w krainie marzeń i fantazji a w świecie rzeczywistym – gdzie pobożne życzenia pozostają pobożnymi życzeniami, a nie materializują się sprawiając nam frajdę. Strategia nie mogła przynieść sukcesu także dlatego, że choć przyjmowano ją z fanfarami, zdawano sobie chyba sprawę z tego, że jest w 100% fikcją. Był to więc zwyczajny balon medialny, rozpaczliwa próba tchnięcia życia w tryby mechanizmu, który nie mógł funkcjonować. Człowiek z połamanymi nogami nie będzie mógł wziąć udziału w biegu, ani tym bardziej wygrać go, gdy naprzeciwko stanie wysportowany lekkoatleta.

Dość jednak tego pesymizmu – choć jest to bardziej rzetelna i realistyczna ocena – w opisie Unii Europejskiej. Przygnębiający nastrój panuje w niej od upadku traktatu konstytucyjnego podczas dwóch referendów – we Francji i w Holandii – więc nie ma potrzeby jeszcze bardziej pogarszać nastroju. Zamiast lamentów potrzebne są propozycje, jak wyjść ze złej sytuacji, w jakiej Unia się znajduje. Do tego, pomysły te muszą powstać i zostać zrealizowane w momencie, gdy ewidentnie brakuje prawdziwych liderów, polityków z prawdziwego zdarzenia. Reformy muszą dotknąć najbardziej „wrażliwych” społecznie i ekonomicznie dziedzin, gdyż to one są ciężko chore. Unia musi zająć się na poważnie kwestią powrotu do swoich tradycyjnych wartości; przygotować kompleksowy plan dotyczący imigracji i imigrantów, zwłaszcza z krajów muzułmańskich; zaprzestać produkowania setek nowych regulacji rocznie i przyjąć kurs na liberalizację oraz decentralizację władzy; zmienić system państwa dobrobytu na taki, który promuje przedsiębiorczość oraz indywidualizm. Jak napisał w „Bogactwie narodów” Adam Smith: „Człowiek prawie ciągle potrzebuje pomocy swych bliźnich i na próżno szukałby jej jedynie w ich życzliwości. Jest bardziej prawdopodobne, że nakłoni ich do pomocy, gdy potrafi przemówić do ich egoizmu i pokazać im, że jest dla nich samych korzystne, by zrobili to, czego od nich żąda.” Nie jest bowiem dobrą wolą piekarza, aby codziennie piekł świeże pieczywo, ani dobrą wolą szewca, aby produkował obuwie. Leży to w ich interesie, gdyż tylko wtedy będą mogli zarobić pieniądze. Nie ma potrzeby, aby państwo za wszelką cenę dążyło do egalitaryzmu i zapewnienia wszystkich potrzeb społeczeństwa, aby sprawowało kontrolę nad coraz większą ilością dziedzin życia codziennego. Potrzebna jest natomiast większa doza wolności i zaufania do jednostki. „Mając na celu swój własny interes, człowiek często popiera interesy społeczeństwa skuteczniej niż wtedy, gdy zamierza służyć im rzeczywiście.” – pisze Adam Smith i nie sposób się z nim nie zgodzić. „Państwo jest bogate bogactwem swych obywateli” – dodaje Smith – co jest największą chyba oczywistością. Czyż bowiem najzamożniejsze są posiadające największą liczbę – ale biednej i niewykształconej – ludności Chiny, czy liczące ponad 4-krotnie mniej mieszkańców – ale przeważnie zamożnych i dobrze wykształconych – Stany Zjednoczone? Pytanie jest retoryczne. Skąd jednak bierze się bogactwo? Odpowiedź jest prosta: z umożliwienia obywatelom swobodnej działalności, nie ograniczanie ich zbędnymi regulacjami. Smith mówi, że wystarczą niskie podatki, pokój i „tolerancyjny wymiar sprawiedliwości”, tj. taki, który nie będzie nadmiernie ingerował w działalność, ale skupiał się na ściganiu oszustów i przestępców. Tym tropem powinna pójść Unia Europejska, która – po Stanach Zjednoczonych – ma największe możliwości, potencjał ludzki i techniczny – oraz, co ważne, tradycje – rozwoju materialnego oraz intelektualnego swoich obywateli. Wystarczy spojrzeć na biedną niegdyś Irlandię, która dzięki kilku bolesnym reformom osiągnęła teraz miano „tygrysa europejskiego”. Poziom życia w Irlandii jest teraz jednym z wyższych w Europie i na świecie, bezrobocie jest niskie mimo nieustannej rzeki imigrantów płynącej na Zieloną Wyspę, wzrost PKB dynamiczny i mający silne podstawy. Jak to się Irlandczykom udało? Postawili na wiedzę i rozwój nowoczesnych technologii, obniżyli podatki i znieśli wiele krępujących przedsiębiorczość regulacji – m.in. upraszczając procedury zakładania firm, zmniejszyli wydatki socjalne i deficyt budżetowy. Takie kroki ekonomiści na całym świecie sugerują rządom poszczególnych państw jako najlepszą drogę ku gospodarczemu sukcesowi. Tą samą drogą może pójść Unia Europejska, ale nie obejdzie się bez przymuszenia państw członkowskich do pójścia tą drogą samodzielnie. Nie uda się bowiem zreformować Unii, jeśli podejmie się reformy tylko na szczeblu państwowym albo tylko na szczeblu unijnym. Niezbędne jest przeprowadzanie reform dwutorowo, na obu szczeblach jednocześnie. Aby było to możliwe, najpierw musi powstać silny ruch oddolny – w postaci ruchu społecznego – który zmusi elity do zmiany poglądów lub po prostu wymieni stare elity na nowe. „Nowe” elity będą reprezentować poglądy obywateli, którzy popierać będą liberalne podejście i zdroworozsądkowe rozwiązania. Mało prawdopodobny jest proces odwrotny, mianowicie wyniesienie do władzy w jakimś kraju lub Unii polityka/polityków, którzy będą wprowadzać liberalizujące reformy. Czy liberalizacja jest jednak w ogóle możliwa? Czy UE nie jest skazana na tkwienie w miejscu z socjalistycznym bagażem na plecach? Na to pytanie odpowiedzieć mogą tylko społeczeństwa oraz wybrani przez nie politycy. Rzeczywistość jest jednak okrutna i już za kilka lat obecny model Unii nie będzie zupełnie przystawał do światowych realiów – a są one inne niż lewicowe elity by chciały. Dominuje bowiem globalizacja, którego to procesu nie da się cofnąć ani wyhamować. Tymczasem stare systemy gospodarcze i społeczne Europy są niedostosowane do globalnej konkurencji i globalnego rynku, które rozszerzają się na cały świat. Dotrą także do Europy i będą stopniowo demontować, poprzez obnażanie słabości, eurosocjalne systemy dobrobytu. Systemy nastawione na sprawowanie kontroli nad życiem społeczeństw w większości jego aspektów. Proces ten będzie powolny, ale trwały i jego efekty – poza upadkiem państwa dobrobytu – są trudne do przewidzenia w dniu dzisiejszym. Reakcją na te procesy może być albo poddanie się im i próba wyciągnięcia z nich maksymalnych korzyści, albo stopniowa izolacja i protekcjonizm – co w dalszej perspektywie odbije się bardzo negatywnie na gospodarce, a poprzez to na całym społeczeństwie. Społeczeństwo także będzie zadawać sobie pytania, dlaczego musi płacić więcej za usługi i produkty, za które mogłoby płacić mniej. W dobie powszechnego dostępu do Internetu – największego zasobu wiedzy w historii ludzkości – nie da się ukryć praktycznie niczego, a na pewno informacji o cenach. W ten sposób system będzie demontowany oddolnie przez społeczeństwa i odgórnie przez globalizację, wolny rynek oraz globalne korporacje. Będzie demontowany także przez firmy z państw unijnych, które chcą w globalnych procesach brać udział i zarabiać na nich. Nieuchronność procesu upadku izolacjonizmu, protekcjonizmu oraz związanego z nim państwa dobrobytu – tak naprawdę dobrze mają tylko te grupy, którym udało się na tyle sterroryzować rząd, aby spełnił ich żądania i zadośćuczynił ich roszczeniom – jest pewna. Dlatego Unia powinna zrobić wszystko, aby na zachodzących procesach jak najwięcej skorzystać.

A jak będzie naprawdę? Tzn. co zrobi Unia, aby dostosować się do wyżej opisanych procesów, bo chyba nikt nie wierzy, że zrobi to, przed czym broni się rękami i nogami od kilku dekad – uwierzy w kapitalizm i skorzysta z doświadczeń USA, Japonii, Chin czy Indii? Perspektywa zmian nie jest zachęcająca, gdyż brak jest jakichkolwiek pomysłów i debat na temat przyszłości. Obecnie wydaje się, że eurokraci oraz rządy państw członkowskich są mało zainteresowane przyszłością w skali globalnej, nie mają zamiaru pochylić się nad niezbędną strategią reform i zmian. O ile w przypadku ONZ pewne usprawniające zmiany muszą nastąpić, to w Unii nie jest to wcale takie pewne. Pewne jest natomiast to, że wszelkie zmiany w Unii jest znacznie trudniej przeprowadzić niż w ONZ. W tej ostatniej bowiem znajduje się więcej państw przeżywających dynamiczny rozwój i wywierających presję na reformy, niż w UE. Realne perspektywy zmian to stopniowe – aczkolwiek bardzo powolne – zmniejszanie subsydiów w ramach Wspólnej Polityki Rolnej i przeznaczanie zaoszczędzonych w ten sposób funduszy na sektor R&D. Będzie to jednak dotąd nieudolne, dopóki nie uda się wypracować (albo skopiować z USA) form współpracy w tej dziedzinie z firmami prywatnymi oraz uniwersytetami. Poważnych zmian instytucjonalnych się nie spodziewam, gdyż im więcej państw-członków Unii, tym bardziej każde z nich dba o swoje interesy oraz o to, żeby ktoś nie był zbyt silny względem innych. Tak zachowała się Polska, kiedy broniła nicejskiego systemu głosowania. Nie uda się także znacząco poszerzyć zakresu spraw, w których wyłączną kompetencję ma Komisja Europejska. Wręcz przeciwnie, spodziewam się, że w obliczu rozwoju nacjonalistycznych postaw proces przekazywania Unii nowych kompetencji poważnie wyhamuje, a nawet pojawią się dyskusje na temat przywrócenia państwom wcześniej odebranych uprawnień. Na szczęście zwrot uprawnień jest prawnie niemożliwy, ale jest to wygodnym celem do ataku dla zdobycia wewnętrznego poklasku i paru punktów procentowych poparcia. Wspólna polityka zagraniczna i pozycja europejskiego ministra spraw zagranicznych – podobnie jak propozycja, aby UE miała w Radzie Bezpieczeństwa swojego reprezentanta, zamiast reprezentacji państwowej sprawowanej przez Francję i Wielką Brytanię – to najzwyczajniejsza mrzonka. W obliczu 27 państw członkowskich ustalenie jednolitego stanowiska w poważnej kwestii będzie prawie że niemożliwe. Doskonale pokazuje to chociażby obecna sytuacja związana z postawą Unii i poszczególnych państw-członków wobec problemów energetycznych związanych z Rosją czy też nierówne traktowanie przez Moskwę niektórych członków i brak reakcji ze strony reszty. Przełomu w tej materii nie będzie, gdyż przywódcy państw nadal nie doceniają siły jednolitego głosu Unii i uważają, że bilateralne układy przyniosą im więcej korzyści niż ogólne umowy UE z danym krajem czy organizacją. Największym osiągnięciem najbliższych lat będzie rozszerzenie systemu Schengen na nowe kraje członkowskie UE oraz stopniowe – acz niechętne, jednak nieuchronne bo wymagane przez prawo unijne – znoszenie restrykcji w dostępie pracowników z nowych państw unijnych do rynków pracy starych członków. Bez dyrektywy Bolkesteina nie przyniesie to jednak tylu korzyści, a będzie niechętnie przyjmowane przez wszelkiej maści lewicowców oraz związki zawodowe. Nie uda się także na szczeblu unijnym w sposób skuteczny uregulować kwestii imigracyjnych. Niewykluczone są natomiast dość sprawne regulacje na szczeblu państwowym, jednak z pewnym przechyłem ku zbytniemu radykalizmowi przepisów szczegółowych. W niektórych przypadkach zamiast skutecznych przepisów stworzy się swego rodzaju „potworki prawne”. Nastawienie społeczeństw wobec muzułmańskich imigrantów nadal będzie niechętne, co będzie sprzyjać zaostrzaniu regulacji. To z kolei może powodować dalszy wzrost niechęci imigrantów w stosunku do państwa i społeczeństwa swojej nowej ojczyzny – w efekcie skutki będą odwrotne od zamierzonych. Na koniec gospodarka, w której także większego przełomu nie będzie. Nie powstanie nic na wzór pierwotnej dyrektywy Bolkesteina a liczba nowych regulacji nie spadnie w sposób drastyczny. W efekcie nadal będziemy tracić bilion euro rocznie z powodu przerostu treści (biurokracji) nad formą (gospodarka). Nastroje liberalne nie są teraz w modzie w Europie, więc UE nie ma co liczyć na liberalny impuls ze strony państw. Sukcesy państw bałtyckich nie będą przemawiały nikomu do rozsądku, gdyż zostaną zdezawuowane argumentem o nikłych rozmiarach ww. i niemożności przeniesienia w związku z tym sprawdzonych wzorców na grunt państw terytorialnie większych i demograficznie liczniejszych. Może po roku 2013 coś się tutaj zmieni i nowy budżet na lata 2014-2020 przyniesie wreszcie niezbędne zmiany. Dopóki mamy obecny budżet unijny, nie będzie żadnego bodźca do zmian. Dopiero dyskusja nad nową perspektywą finansową ok. roku 2011 i w roku 2012 może przynieść pewien przełom.


Copyright by © 2006 by e-polityka.pl - Pierwszy Polski Serwis Polityczny. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.