Choć najbardziej pokrzywdzonymi są sami mieszkańcy KRLD, to problem, jaki stwarza sytuacja panująca w tym państwie, stał się już dawno sprawą globalną. Działania Phenianu stanowią realne zagrożenie dla bezpieczeństwa międzynarodowego. To postępowanie stało się obiektem zainteresowania państw, które posiadają w tym regionie swoje interesy. Lub też mają pecha i znalazły się w zasięgu zabawek Kima. Należy pamiętać, że konflikt na półwyspie pozostaje typowo ideologicznym. Jako taki bardzo przypomina sytuację, jaka panowała w świecie w czasie zimnej wojny. Rywalizacja polityczna, gospodarcza czy wojskowa tak naprawdę są na drugim planie. Najważniejsze jest zwycięstwo systemu, sposobu zorganizowania i zarządzania. Jasno widać, że KRLD nie ma w tym sporze szans.
Najbardziej zagrożona jest Republika Korei, położona na południu półwyspu. Formalnie obie strony pozostają w stanie wojny od pół wieku. Młodzi rekruci z południa traktują służbę wojskową na linii demarkacyjnej jako najgorsze zesłanie. Phenian może zarzucić swemu sąsiadowi wszystko, począwszy od zdrady ideałów narodowych a skończywszy na wysługiwaniu się amerykańskiemu imperializmowi. Potencjalnym celem militarnego ataku Kima może być także Japonia, stary wróg, który przez wieki trzymał Koreańczyków pod butem.
Kolejne strony tego konfliktu to Rosja, Chiny Ludowe oraz Stany Zjednoczone. Kraje te nie są na razie zagrożone w sposób bezpośredni, lecz posiadają w regionie swoje interesy. Ich realizacja podczas konfliktu zbrojnego będzie niemożliwa. Poza tym sytuacja może się zmienić. Phenian buduje rakiety o coraz większym zasięgu. Być może już niedługo będzie posiadał takie, które będą w stanie razić kontynentalną część USA. Nie da się wykluczyć nawet szaleńczego ataku na terytorium chińskie. Można by to łatwo uzasadnić chęcią ukarania za zdradę ideałów “komunistycznych”. Trzeba też pamiętać, że Phenian to nie tylko broń atomowa. To także duża armia – szczęśliwie nie najlepiej wyposażona – oraz potencjalne zagrożenie w postaci niekontrolowanego transferu technologii, szczególnie w zakresie rozwoju broni ABC.
Dotychczasowe metody rozwiązania konfliktu na półwyspie koreańskim nie przyniosły żadnych korzystnych efektów. Sześciostronne rozmowy, w których brała udział delegacja północnokoreańska, zostały niedawno zerwane. Metoda dostarczania dużych ilości marchewek zawiodła. Republika Korei prowadziła przez większość lat dziewięćdziesiątych tak zwaną “słoneczną politykę”, mającą skłonić reżim z północy do współpracy. Jednocześnie nigdy konkretnie nie rozmawiano o zjednoczeniu. Mogłoby to doprowadzić Kima do furii. Wydaje się jednak, że Seul też nie jest zainteresowany szybką reunifikacją. Wszyscy wiedzą jak takie postępowanie zakończyło się w Niemczech. Olbrzymie koszty a efekt opłakany. W przypadku Korei podstawowym problemem jest sprawa zapewnienia po zjednoczeniu ludziom z północy jako takiego poziomu życia. Inaczej na południe ruszy fala uchodźców. Wydaje się, że nie uda się tego opanować. To, czego pragnie Republika Korei, to stopniowe reformy u swego sąsiada, które doprowadziłyby do wykształcenia się czegoś na kształt modelu chińskiego. Kapitalizm ale przy utrzymaniu monopolu władzy. Potem można by mówić o zjednoczeniu, może za jakieś pięćdziesiąt lat.
Nastawienie Japonii w całej sprawie było bojaźliwe i pozbawione wizji. Kraj ten całą swoją nadzieję pokładał w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Nie czynił żadnych własnych kreatywnych inicjatyw mających na celu rozwiązanie konfliktu. Mogło to być podyktowane problemami wewnętrznymi, których w ostatnich latach nie brakowało. Jedną z przyczyn było też pewnie dominujące w przeciągu ostatniego półwiecza pasywne nastawienie japońskich środowisk rządowych. Wszystko było podporządkowane jednemu celowi: byle by nie być posądzonym o powrót do mocarstwowości. Takie postępowanie nie pomogło jednak w rozwiązaniu problemu koreańskiego. Podobnie było w przypadku Rosji i Chin Ludowych. Te ostatnie posiadały w latach dziewięćdziesiątych wystarczająco dużo autorytetu na dworze Kima aby wymóc ustępstwa. Zamiast tego wolały używać Phenianu jako straszaka w stosunkach z Waszyngtonem. Teraz czar Wielkiego Brata prysł i Pekin czuje się tak samo zagrożony jak inni. Tyle, że jest już za późno. Hodowane długo monstrum zerwało się z łańcucha.
Polityka Stanów Zjednoczonych także nie jest skuteczna. Nie wynika to jednak z braku środków czy instrumentów. Powodowane jest to tym, że inni partnerzy nie zaakceptują pewnych stanowczych działań. Bush najchętniej zniszczyłby północnokoreańskie instalacje nuklearne już w 2001 roku. Dziś zagrożenie byłoby na pewno mniejsze. Ale na taki krok nigdy nie zgodziłyby się Chiny i Rosja. USA dostosowały się więc, usiadły do stołu rokowań i działając w dobrej wierze starały się osiągnąć porozumienie. Jednak zgodnie z przewidywaniami skutek był mizerny. Dziś możemy zaobserwować, że sytuacja powoli wymyka się spod kontroli. Nie wszyscy jednak to dostrzegają i dlatego USA, nawet jeśli zdecydują się podjąć akcję militarną, zapewne pozostaną na swym stanowisku osamotnione.
Istnieje wiele metod rozwiązywania tego typu konfliktów. Jednak specyfika sytuacji powoduje, że nie możemy nawet próbować określić jak kształtuje się szansa na powodzenie. Rozmowy zawiodły i raczej w przyszłości nie okażą się skuteczne. Na to sprawy zaszły już za daleko. Pomiędzy stronami panuje atmosfera wzajemnej nieufności, której na razie nie da się przełamać. Może byłoby to możliwe za kilka lat. Lecz stan braku bezpieczeństwa, jaki panuje obecnie w regionie Azji Dalekiej, nie może trwać tak długo. Zbyt wielkie jest wtedy prawdopodobieństwo wybuchu konfliktu zbrojnego, nawet rozpoczętego przypadkiem.
Kolejnym krokiem byłoby zaostrzenie sankcji połączone z ultimatum. Z doświadczeń ostatnich lat wiemy jednak, że to także rzadko okazuje się w pełni skuteczne. Tutaj zaś nie ma miejsca na częściowe rozwiązania, na to problem jest zbyt poważny. Pozostaje więc zastosowanie siły zbrojnej. Rozbrojenie reżimu Kima w ciągu jednej nocy jest bardzo trudne, trudniejsze niż jeszcze kilka lat temu, lecz nie niemożliwe. Taka operacja musiałaby być jednak poprzedzona wieloma miesiącami pracy wywiadowczej. Terytorium KRLD musiałoby zostać niemal metr po metrze sfotografowane tak, aby wykryć każdą instalację wojskową. Ale czy to jest w ogóle możliwe? Wydaje się, że nie dałoby się zagwarantować tego, iż Kim nie zdąży nacisnąć guzika. To chyba jednak najskuteczniejsza metoda. Lata zaniedbań doprowadziły do tego, że tylko to nam pozostało.
Pozostaje jeszcze kwestia reakcji innych państw na ewentualny atak amerykański. Czy miałby on zostać przeprowadzony na bazie rezolucji Rady Bezpieczeństwa? Czy może przypominałby drugą wojnę w zatoce? Jeśli zwyciężyłaby ta druga ewentualność, reakcja Rosji czy Chin Ludowych mogłaby być gwałtowna. Nie dlatego, że byłoby to w ich interesie, lecz ze względu na dość rozwinięto alergię na wszystko, co Amerykanie sami wymyślili i zrealizowali. No i wreszcie na koniec trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: co potem? Co stałoby się z KRLD? Czy władza Kima zostałaby obalona? Tego jednak dziś nie sposób przewidzieć.