Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Artykuły - Świat / Europa Zachodnia / Debiutanci z szabelką               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
Debiutanci z szabelką 

21-06-2003

  Autor: Jarosław Błaszczak

W Porto Carras pod Salonikami zakończyło się właśnie spotkanie Rady Europejskiej, podsumowujące kończącą się właśnie grecką prezydencję w Unii. O sukcesie Greków świadczy już sam skład obradujących: po podpisaniu w Atenach 16 kwietnia traktów akcesyjnych, na szczycie w Salonikach przywódcy obecnych państw Unii oraz krajów przystępujących dyskutowali po raz pierwszy na równych prawach.

 

 

Do tradycji Rady Europejskiej, grupującej premierów krajów członkowskich (z wyjątkiem Francji, którą ze względu na panujący tam ustrój w Radzie reprezentuje prezydent), należy już pozorna bezproduktywność tych spotkań. Może się wydawać, że jest to jeden wielki teatr, przedstawienie na potrzeby mediów i wyborców. Mnóstwo pięknych słów i ogólników, ale mało merytorycznych dyskusji. Poza nielicznymi wyjątkami, takimi jak grudniowy szczyt w Kopenhadze, wyreżyserowany z pełną premedytacją na trzymający w napięciu thriller, szczyty Unii, przynajmniej widziane z perspektywy medialnych przekazów, są nudne i bezbarwne. W rzeczywistości na szczytach zapadają często ważne decyzje, ale daleko od tłumu reporterów, zaś ich upublicznienie następuje często po wielu tygodniach i to nie wprost: na przykład pod postacią decyzji Rady Ministrów.

Tak było i tym razem. Tematem spotkania był projekt traktatu konstytucyjnego, nad którym od 16 miesięcy głowił się Konwent Europejski. Miejsce najważniejszej postaci szczytu w pamięci politycznej publiczności zapewnił sobie, znany skądinąd z dość bezpardonowego sposobu działania w trakcie wcześniejszych prac, przewodniczący Konwentu Valery Giscard d’Estaign. Jego zdjęcie w chwili, gdy przekazuje projekt na ręce greckiego premiera Kostasa Simitisa, zapewne znajdzie się w albumach z cyklu “Kamienie milowe w procesie integracji europejskiej”.

Szczyt zakończył się decyzją o przyjęciu projektu. Nieco ciszej dodaje się, że chodzi o przyjęcie do wiadomości, a nie o wyrażenie aprobaty. Było oczywiste, że wynik spotkania będzie właśnie taki. Odrzucenie tego projektu stanowiłoby przekreślenie całego dorobku i idei Konwentu, którego rola, jako swoistej europejskiej konstytuanty XXI wieku, była w dużej mierze symboliczna.

Polska delegacja jechała do Porto Carras w bardzo bojowych nastrojach. W przygotowanym projekcie nasz sprzeciw wzbudzają dwie kwestie: brak bezpośredniego odwołania do chrześcijaństwa w preambule oraz zmiana sposobu liczenia głosów w Radzie UE, zwanej potocznie Radą Ministrów.

Ten drugi problem jest rzeczywiście bardzo poważny, choć może nie do końca klarowny dla osób nie zorientowanych w unijnym procesie decyzyjnym. Według obecnego stanu prawnego, wraz z ostatecznym rozszerzeniem Unii, czyli 1 maja 2004, w organach UE zacznie obowiązywać podział głosów określony w traktacie z Nicei, podpisanym w grudniu 2000. Traktat jest dla nas bardzo korzystny, bowiem w Radzie Ministrów daje Polsce i Hiszpanii po 27 głosów, podczas gdy cztery największe kraje UE: Niemcy, Wielka Brytania, Francja i Włochy, mają ich zaledwie po 29. Jego oczywistym minusem jest zaburzenie reprezentatywności Rady: Francja ma o 1/3 mieszkańców mniej, a tyle samo głosów co Niemcy. Dysproporcje np. między Polską a Niemcami są jeszcze bardziej ewidentne. Do tego traktat zawiera niezmiernie skomplikowany system uzyskiwania większości niezbędnej dla podjęcia decyzji, zaprojektowany tak, by zabezpieczyć interesy małych krajów.

Omawiany w Porto Carras projekt przewiduje ścisłe uzależnienie liczby głosów od ludności danego państwa, upraszcza też procedurę podejmowania decyzji. Zgodnie z tymi rozwiązaniami, Polska miałaby zaledwie połowę liczby głosów, którą dysponują Niemcy.

Trzeba przyznać, że te rozwiązania są logiczne. Ogromnie zwiększają przejrzystość unijnego procesu legislacyjnego, a co za tym idzie, stopień jego zrozumiałości dla przeciętnych obywateli. Ale w polityce argumenty o logice są niewiele warte. Polityka międzynarodowa to twarda gra interesów, gdzie każdy tak naprawdę stara się wywalczyć jak najwięcej dla swojego kraju. Dlatego Polska powinna stanowczo sprzeciwiać się tym zmianom. Oczywiście, patrząc obiektywnie, traktat z Nicei nadaje nam nienależne przywileje. Ale skoro już je mamy, to godzenie się na rezygnację z nich byłoby sprzeczne z naszą racją stanu, bo w oczywisty sposób osłabiłoby znaczenie naszego kraju na europejskiej arenie.

W mojej ocenie, powinniśmy popierać inną ustrojową nowinkę: stałe zwiększanie kompetencji Parlamentu Europejskiego. Jeżeli chcemy coraz bardziej federacyjnej Europy, co ja osobiście popieram, to właśnie Parlament musi w niej być najważniejszym organem władzy. Z dwóch powodów. Po pierwsze, jako wybierany bezpośrednio przez obywateli ma zdecydowanie silniejszą legitymizację niż składająca się z ministrów rządów narodowych Rada UE. Po drugie, do tradycji Parlamentu Europejskiego należy dzielenie się deputowanych na grupy według kryterium poglądów politycznych, a nie narodowości. Moim zdaniem, Parlament ma większe szanse stać się forum merytorycznej dyskusji. Praca Rady, z definicji, ogranicza się do ścierania się narodowych egoizmów.

Choć jestem daleki od bezmyślnego przenoszenia rozwiązań amerykańskich na grunt europejski, może powinniśmy bliżej przyjrzeć się sytuacji w Kongresie USA. Obie izby wspólnie biorą udział w procesie legislacyjnym, ale niektóre zadania przydzielone są na wyłączność tylko jednej z nich. Liczba przedstawicieli danego stanu w Izbie Reprezentantów jest odzwierciedleniem jego ludności (podobnie, pod rządami trakatu z Nicei, będzie w Parlamencie Europejskim). Natomiast w Senacie każdy stan ma dwóch przedstawicieli i to zupełnie niezależnie od tego, czy jest to wielka Kalifornia, czy maleńka Rhode Island. Uważam, że takie rozwiązanie, choć idące jeszcze dalej w stronę osłabienia wielkich państw niż traktat z Nicei, byłoby warte rozważenia również w Europie. Kwestią do dyskusji byłby podział kompetencji obu izb, choć podstawą powinna być zasada ich zrównoważenia przy lekkiej przewadze Parlamentu, którego zalety opisałem powyżej.

Chciałbym jeszcze wyrazić moje zdziwienie i dezaprobatę dla polskiej polityki w sprawie kształtu preambuły do konstytucji europejskiej. W Europie Zachodniej nie od dziś panuje stereotyp o zacofaniu i przesadnej religijności Polaków (choć oczywiście nie stawiam znaku równości między tymi dwoma cechami). Nasz kraj tymczasem, jakby chcąc pokazać prawdziwość tych opinii, rozpoczął swoistą krucjatę przeciw zasadzie ścisłego rozdziału Kościoła od państwa, która w wielu krajach Europy jest podstawowym fundamentem ustroju.

Osobiście jestem przeciwny jakimkolwiek wzmiankom o którejkolwiek religii w konstytucji i uważam, że wypracowany w Konwencie kompromis, mówiący tylko ogólnie o dziedzictwie religijnym, bez podawania nazwy jakiegokolwiek wyznania, jest optymalny. Zgadzam się z Wojciechem Sadurskim (“Rzeczpospolita” z 20 czerwca), że walka o słowo “chrześcijaństwo” w preambule nie jest w istocie walką o prawdę przekazu historycznego, a świadectwem, że nie osiągnęliśmy jeszcze pewnego stopnia dojrzałości, niezbędnej do życia w społeczeństwie wielokulturowym. Jest zupełnie oczywiste, że rola chrześcijaństwa w rozwoju cywilizacji europejskiej jest fundamentalna. Ale preambuła to nie jest podręcznik historii, tylko wykład wartości wspólnych dla wszystkich, którzy pod dany akt prawny podlegają. Nie możemy wspominać w niej wprost o chrześcijaństwie choćby dlatego, że w Unii Europejskiej żyje co najmniej kilka milionów muzułmanów, i z przyczyn demograficznych będzie ich coraz więcej. Możemy ich wyłączyć z naszej wspólnoty, tak jak próbujemy robić to z Turcją, mówiąc, że są za mało europejscy. Ale to doprowadzi nas do zguby, alienacji wielkich grup społecznych. Dlatego nie możemy dawać do zrozumienia, nawet w najdelikatniejszy sposób, że prawdziwy Europejczyk musi być chrześcijaninem. To bzdura.

Wracając do postawy Polski, myślę, że na początek warto byłoby się zastanowić, czemu lewicowy rząd, mający w składzie antyklerykalną Unię Pracy, nagle zaczyna walczyć o pozycję chrześcijaństwa. Dla mnie jest to oczywiste kupowanie neutralności, bo na przychylność nie ma już co liczyć, środowisk najbardziej religijnych. Niezależnie jednak od motywacji, jakie kierują Leszkiem Millerem, powinien on działać nieco bardziej dyskretnie. Zanim konstytucja wejdzie w życie, czeka nas jeszcze choćby Konferencja Międzyrządowa. Tam, na szczeblu ekspertów, moglibyśmy w ciszy kameralnych sal posiedzeń forsować nasze stanowisko. Natomiast wymachiwanie szabelką w świetle reflektorów to nie jest dobry pomysł, biorąc pod uwagę, że jesienią i zimą czeka nas proces ratyfikacji traktatów akcesyjnych w parlamentach “15”, a duża część tamtejszego elektoratu i tak nie jest nam przychylna. Nie pogarszajmy swojej sytuacji. Działajmy bardziej dyplomatycznie.

Autor: Jarosław Błaszczak



 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę

Tego artykułu jeszcze nie skomentowano

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl