Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Artykuły - Kraj / Zadyma w piaskownicy               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
18-03-2009

 

18-10-2008

  Brukselskie koszmary

10-10-2008

 

28-08-2008

 

06-07-2006

 

04-03-2010

  Prezydent i premier osobno w Katyniu

19-01-2010

 

+ zobacz więcej

Zadyma w piaskownicy 

01-11-2008

  Autor: Katarzyna Bedełek

- Brat miał rację. Środowisko, które dziś rządzi Polską, wychowało się na podwórku - takie oto słowa padły podobno z ust prezydenta Lecha Kaczyńskiego pod adresem polskiego premiera, przed wylotem na szczyt Unii Europejskiej. To tylko fragment dialogu (monologu?) wychwycony i przekazany masom czytelników przez sprytnych reporterów „Gazety Wyborczej”.

 

 

Nawet po tak krótkim urywku nietrudno wywnioskować, jaka retoryka i klimat dominują w relacjach na linii prezydent - premier. Przypomina to trochę przepychanki dwóch urwisów w piaskownicy. Scenariusz przebiegu konfliktu wydaje się być niemal analogiczny. Najpierw panowie (chłopcy) skaczą sobie do oczu, obrzucając się wyzwiskami i strasząc słowem. Potem… No właśnie - jeden drugiemu zabiera zabawkę.

O jakiej zabawce w sporze pomiędzy Głową Państwa a Szefem Polskiego Rządu może być mowa? Nie będzie to pistolecik, który rzekomo, przypięty do pasa, nosił Jarosław Kaczyński w pierwszych latach formowania demokracji w Polsce. Nie będzie to wirtualna szabelka, na którą często w debatach przedwyborczych powoływał się Donald Tusk. Gadżet to bowiem duży i drogocenny. Sprawa dotyczy TU-154 - samolotu rządowego. Poniżej rzecz o podniebnych akrobacjach prezydenta i premiera.

Brygada Donalda Tuska, znana szerzej jako Kancelaria Premiera, nad kierunkiem trasy rządowego samolotu knuła długo i namiętnie. Precyzując - prym w intrydze wiedli wicepremierzy, minister finansów, a także ministrowie z kancelarii premiera. W sekrecie przed obozem Kaczyńskiego, analogicznie znanym jako Kancelaria Prezydenta, postanowiono zarezerwować maszynę na dwa tygodnie przed brukselskim szczytem. Co ciekawe, kompani Lecha Kaczyńskiego zwęszyli podstęp i podjęli konkretne działania niemal w tym samym czasie. Czy którejś z ekip można przypisać zdolności telepatyczne? Tego nie wiem. Jedno jest natomiast pewne. Obydwie kancelarie zdecydowały się na przedwczesną rezerwację TU-154 w tym samym terminie, w tym samym dniu… Przy czym ludzie Donalda Tuska ubiegli rywala o „ułamki sekund”. Wyglądało to jak westernowy pojedynek dwóch kowbojów. Konkretnie - 3 października w okolicach godziny 10.00 naprzeciw telefonów wyposażonych w możliwość wysyłania faksów stanęli prezydent i premier. Pierwszy strzał padł z obozu KPRM. Jak się później okazało, strzał nie był jedynym (wypalił też prezydent), ale za to śmiertelnym. O godzinie 9.54 z departamentu spraw zagranicznych kancelarii premiera do jej szefa przyszedł faks z prośbą o zarezerwowanie samolotu do Brukseli na 15 i 16 października. Snajper Kaczyński odpowiedział faksem równo po 23 minutach. Zawiódł refleks.

Można powiedzieć - OK. W pojedynku Tusk - Kaczyński 1:0. Ten wynik jednak nie zwiastował zakończenia zawodów. Przebiegły pan prezydent poniuchał w hangarach z rządowymi samolotami i upatrzył sobie dwie inne maszyny. Mowa tu o samolotach specjalnych JAK 40. Wniosek o „wypożyczenie” jednego z nich kancelaria prezydencka wystosowała 15 października, a więc w dniu rozpoczęcia zmagań w Brukseli. W tym samym czasie trwały jeszcze gorączkowe starania o „przechwycenie” nieszczęsnego TU-154. W myśl dotychczas obowiązujących zasad, maszyna po dotransportowaniu oficjela na wskazane miejsce, zawijała bezzwłocznie do stolicy. Tym razem jednak pilotom Tupolewa, zaskoczonym zresztą odgórną decyzją, nakazano pozostać na miejscu i zakwaterować się w hotelu. Strzał z prezydenckiej armaty i kolejne pudło. Gdyby tego było mało, z obozu premiera w sprawie udostępnienia wspomnianych wyżej „JAKów”, napłynął zdecydowany sprzeciw. Odmowę minister Klich wytłumaczył chorobą pilota. Niejeden w świetle zaistniałej sytuacji załamałby ręce… Ale nie prezydent Kaczyński.

Dlatego też ostatecznie Głowa Państwa na brukselski szczyt trafiła. Ba - znalazła nawet wolny kawałek krzesła i „zaistniała” na szczycie. Nie oglądając się na życzliwość Kancelarii Premiera, otoczenie Kaczyńskiego zadbało o transport alternatywny i wprowadziło swojego bossa na wyczarterowany Boeing 737. Tym sposobem i prezydent i premier „wspięli się” na szczyt unijny. Szkoda, że styl ich „wspinaczki” pozostawił wiele do życzenia.



 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę

Tego artykułu jeszcze nie skomentowano

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl