Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Artykuły - Świat / Afryka / Zmierzch bogów               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
17-09-2007

  Miller: "Nie jestem politykiem emerytowanym"

06-06-2007

 

09-12-2011

 

20-10-2011

  Leszek Miller szefem klubu SLD

21-01-2010

 

23-12-2009

 

20-12-2009

 

+ zobacz więcej

Zmierzch bogów 

21-09-2007

  Autor: Damian Wiśniowski

Niby każda, nawet najwspanialsza kariera polityka, sportowca, menedżera czy dziennikarza musi się kiedyś skończyć. Najlepiej wybrać czas, kiedy jest się na topie, w panteonie sław, wśród innych wysławianych pod niebiosa „bogów”. Dla polityka jest to o tyle trudne, że aż prawie niemożliwe. To taki gatunek chroniony. Zazwyczaj to nieprzychylność wyborców, niechęć kolegów partyjnych albo szereg innych czynników sprawia, że wypadamy z gry. To pod żadnym pozorem nie jest reguła powszechnie obowiązująca, ale sprawdza się w większości przypadków w polityce. No cóż, wiedziała baba, co brała.

 

 

Kiedy sportowiec kończy karierę, zazwyczaj towarzyszy temu wielka ceremonia, patos i wzruszenie, a nawet łzy wśród przybyłych do hali, na stadion tysięcy fanów i wielbicieli. Amerykański przykład największej gwiazdy koszykówki Michaela Jordana nie pozostawia złudzeń. Pytanie: dlaczego tak czule i wspaniałomyślnie nie emocjonujemy się, kiedy jakiś ważny polityk zapowiada rozbrat z własną partią, a co więcej z zawodem uprawianym przez lata i skazuje się na polityczną bierność? Może wynika to z tego, że dla przykładu sport to zdrowa konsumpcja, przy której polityka wygląda jak cieknący tłuszczem hamburger z McDonald’s? Bogowie nie jadają takich rzeczy.

Wskazuje to na niezdrową naturę uprawiania drugiego co do kolejności zawodu świata. Całkiem niedawno rozpoczęła się kampania wyborcza związana ze zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi. Jeszcze nie nabrała rozpędu, a już zaczęto szczuć, pluć, kopać i gryźć. W sumie nic nowego, ale niektórzy mają tego po dziurki w nosie. Wcale nie mam na myśli tych dzielnych czterdziestu procent ludzi, którzy decydują się mimo oporów wyjść z domu i wrzucić kartkę z poparciem dla jednej z formacji politycznych. Piszę o tych, których na co dzień widzimy na pierwszych stronach gazet od Wyborczej przez Rzeczpospolitą aż po springerowski Dziennik, słyszymy ich w publicznych i prywatnych rozgłośniach radiowych i obserwujemy w telewizji. Nie można być tak bezdusznym człowiekiem, by dostrzegać tylko i wyłącznie własne nimi zmęczenie. Oni też się męczą, może nawet bardziej niż my, którzy jako społeczeństwo potrafimy tylko i wyłącznie oceniać, nie wspominając o tym, co najbardziej rajcuje każdego z zewnątrz, czyli po prostu krytykować. Wiedziała baba, co brała.

Wiedział też zapewne i Leszek Miller (choć nie przysłowiowa baba), rozpoczynając karierę polityczną. Wiedział – a pomimo tego wszedł czystymi butami w to kolorowe błoto. A dziś ogłosił, że bierze rozbrat z ziomkami z SLD. Gdy ogłaszał przed telewizyjnymi kamerami i krzakiem mikrofonów swoją decyzję, było widać, jak wielkie emocje towarzyszą tej chwili. Od jakiegoś czasu mówiło się za kulisami, że były premier za rządów koalicji SLD-UP czeka wyłącznie na dogodną chwilę. Jego rola w SLD skończyła się po dymisji i przegranych wyborach w 2005 roku. To wtedy odrzucił propozycje startu w wyborach do Senatu licząc, że partia, którą współtworzył na początku lat 90. jest w stanie zaoferować mu coś bardziej prestiżowego. Czas wydawał się mało odpowiedni, w partii pozbywano się ludzi posiadających korzenie pezetpeerowskie. Dokonywała się powolna rotacja kadrowa i – w mniejszym stopniu – pokoleniowa. W tych ścisłych ramach zabrakło miejsca dla Leszka Millera.

Okres premierowania Millera obfitował w liczne wpadki i skandale, za jaki na pewno można uważać aferę Rywina, w której premier i większość aparatu władzy odgrywała jedną z kluczowych ról negatywnych, doprowadzając w konsekwencji do spadku poparcia wyborców i przegrania, a nawet skompromitowania się w kolejnych wyborach. Ale oprócz tego zanotowano sukcesy, których podważyć się nie da – Unia Europejska, wzrost gospodarczy czy uwolnienie przedsiębiorczości.

Ulegamy wrażeniu, że Miller posiadał pewien misternie konstruowany plan, nagle wypalając z propozycją umieszczenia go na łódzkiej liście w wyborach do Sejmu. Wiadome było, że z numerem pierwszym w tym okręgu startować będzie lider Sojuszu Wojciech Olejniczak, twarz dzisiejszej podzielonej lewicy i że nie ma mowy o zmianie tej decyzji. Przewidywano nawet hipotetyczne miejsce numer dwa dla Millera, ale wtedy konieczna stałaby się, niekoniecznie zdrowa dla LiD rywalizacja doświadczonego postkomunisty z młodym wilczkiem. Sondaże wykazały, że bezsprzeczna większość woli nie widzieć Millera na listach, uznając, że jego czas na scenie politycznej już się wyczerpał i należy oddać pole młodszym i perspektywicznym, pozbyć się wciąż ciążącej na partii etykietki postkomunistów, do czego Sojusz dąży. Rada Krajowa SLD rozwiała w sobotę wszelkie wątpliwości, pozostawiając wolną rękę b. premierowi. Skutek znamy. Pojawiły się różne spekulacje na temat tego, co teraz będzie, podobno ofert nie brakuje – Samoobrona, Krajowa Partia Emerytów i Rencistów. Ciekawe, kto jeszcze wykorzystując wizerunek Millera zapragnie przy jego pomocy przyciągnąć do siebie te brakujące procenty, albo w ogóle je zobaczyć? Bo programowo czy światopoglądowo dalej im do siebie niż bliżej.

Wobec poniesionej osobistej porażki na forum własnej partii, aktualne stanie się „marzenie” Aleksandra Kwaśniewskiego, czyli startu Millera do Europarlamentu, co wydaje się najbardziej realnym wyjściem na dzisiaj. Propozycja godna rozważenia.

P.S. artykuł pisany przed ogłoszeniem całkowicie alternatywnej drogi politycznej – tworzenia nowej partii Polska Lewica oraz startu do Sejmu z list Samoobrony, czego autor nie brał pod uwagę, uważając to za pomysł mało realny.

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę

Tego artykułu jeszcze nie skomentowano

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl