Noc należy do Talibów

05-09-2007

Autor: Wahidullah Amani z Wardak

W nocy listy przypinane są do ścian, drzwi otwierane są z trzaskiem, telewizory są zepsute, uznani za niewiernych są bici lub gorzej. Kiedy zachodzi słońce, Talibowie rozpoczynają swe patrole, bez skrępowania demonstrując broń, bez reakcji ze strony policji czy władz rządowych.  Wardak, gdzie ludzie nigdy nie myśleli o zamykaniu swych domów, jest obecnie prowincją strachu.


“Widziałem ich pewnej nocy, przypinających “nocne listy” do ścian naszego meczetu” –mówi Matiullah, 28-latek ze wschodniego dystryktu Wardaku - Sayed Abad. “Widziałem ich broń, bałem się nawet do nich odezwać”. 

Następnego ranka Matiullah wyszedł przeczytać nocny list – normalnie notka czy plakat, który Talibowie umieszczają na drzwiach, meczetach czy szkołach ostrzegając w nim miejscowych przed współpracą z władzami, siłami międzynarodowymi lub zagranicznymi organizacjami humanitarnymi. 

“Było tam napisane, że tego kto współpracuje z rządem lub organizacjami międzynarodowymi czeka ciężka śmierć. Wzywa się także ludzi do rozpoczęcia dżihadu przeciw Amerykanom i rządowi oraz do pomocy Talibom” –dodaje. 

Matiullah przerywa, by rozważyć swe słowa, po chwili kontynuuje: ”Nigdy nie widziałem, by było tak źle jak jest teraz.” 

Dozorca w jednej z miejscowych szkół, proszący o anonimowość, potwierdza słowa Matiullaha: “Talibowie przyszli do szkoły trzykrotnie w ciągu ostatnich 20 dni. Zawsze przychodzą w nocy. Nie robią nam krzywdy, ale zabraniają wychodzić ze stróżówki, kiedy rozklejają swe plakaty.”

Listy te zazwyczaj zawierają te same treści jak te z meczetu: ”Nie piszą, że spalą szkołę czy coś w tym rodzaju, tylko nawołują do dżihadu przeciw Amerykanom.”

Prowincja Wardak doświadczyła serii podpaleń szkół w 2005 roku, lecz w ostatnich dwóch latach zjawisko to złagodniało. 

W dystrykcie Chak Talibowie są bardziej agresywni, zabraniają mieszkańcom oglądania telewizji. Ci z antenami satelitarnymi na dachu mogą spodziewać się kłopotów.

Pewien młody mężczyzna, bojący się podać nazwisko, mówi o tym, co przeżyła jego rodzina: ”Mieliśmy antenę na naszym domu już od bardzo dawna. Talibowie naklejali listy na naszej bramie mówiące, iż nie powinniśmy oglądać telewizji, lecz nie przejmowaliśmy się tym. Pewnej nocy przyszli do naszego domu, zniszczyli nasz telewizor i pobili nas. Spoliczkowali i kopali mnie.” 

Według lokalnych władz to nieodosobniony przypadek. 

Mohammad Ibrahim Sadeq, gubernator dystryktu Chak potwierdza, iż inni także zgłaszają podobne zajścia. Nie akceptując akcji Talibów, nie usprawiedliwia jednocześnie „grzeszników”.  “Ci młodzi ludzie także źle postępują” - mówi. “Oglądają kanały i programy niestosowne w naszej kulturze i regionie. Zamiast oglądać złe programy w telewizji powinni pracować lub oglądać programy edukacyjne.” 

Jak mówi gubernator także mułłowie przyłączają się do walki. Podczas modlitw piątkowych wzywali słuchaczy, by przyłączyli się do dżihadu przeciw Amerykanom I rządowi. 

“Aresztowaliśmy niektórych mułłów, którzy przemawiali w ten sposób i przekazaliśmy ich do dyspozycji rządu centralnego” – mówi Sadeq.

Chak wydaje się być najbardziej dotkniętym przez nową falę agresji Talibów dystryktem Wardaku. Niektórzy z obserwatorów, w tym lokalny gubernator doszukują się początków problemów w uwolnieniu mułły Yassara, jednego z pięciu liderów Talibów, którzy zostali wymienieni w zamian za włoskiego zakładnika – dziennikarza Daniele Mastrogiacomo w marcu. 

Yassar pochodzi z Chak. Podczas, gdy nikt nie jest gotowy, by stwierdzić, iż wrócił w rodzinne strony, wielu potwierdza, że rebelianci zostali wzmocnieni, zachęceni tym uwolnieniem nadali przyspieszenia swym działaniom. 

“Prawdą jest, iż sytuacja uległa pogorszeniu po zwolnieniu, Yassara. Teraz jest źle, i zdaje się, iż będzie znacznie gorzej” – mówi Sadeq. 

Jednym z głównych problemów lokalnego gubernator jest brak reakcji ze strony rządu.  “Od miesięcy proszę władze prowincji o przysłanie dodatkowych oddziałów policji, utworzenie większej liczby punktów kontroli. Lecz moje apele pozostają bez odpowiedzi” – narzeka. 

Policja i wojsko zdają się być bezradne w obliczu problemu, dając Talibom wolna rękę. Sytuacja jest na tyle zła, że Talibowie dopuszczają się obecnie zbrojnych napaści w biały dzień. 
Według naocznych świadków, pod koniec czerwca Talibowie zaatakowali samochód z dwoma niemieckimi dyplomatami, którzy wracali do Kabulu po wizycie w szpitalu w Chak.
“W uzbrojonym samochodzie śledzącym Niemców było dwóch ludzi”- mówi szef ochrony szpitala Lal Gul. “Zobaczyliśmy przed nami Talibów uzbrojonych w granatniki i karabiny maszynowe. Kazali się nam zatrzymać, a my otworzyliśmy ogień. Wtedy oni odpowiedzieli ogniem, a nasz samochód się zapalił. Wysiedliśmy i wycofaliśmy się, cały czas ostrzeliwując Talibów. Dotarliśmy do miejsca, gdzie czekali na nas Niemcy, a następnie wszyscy uciekliśmy z powrotem do Chak.”
Lal Gul mówi, że choć wzywali na pomoc miejscową policję, nikt nie przyszedł im z pomocą. 

Noor ul Haq, szef jednostki antykryminalnej policji w Chak twierdzi, iż nic nie wiedział o trudnym położeniu Niemców, nawet po napadzie.  “Patrolowaliśmy teren szpitala tamtej nocy, i eskortowaliśmy ich z powrotem do Kabulu następnego dnia” – upiera się. 

Almas Khan, komendant pomocniczych sił policji w Chak potwierdza, iż sfera bezpieczeństwa osiągnęła poziom krytyczny:  “Sprawy przybrały bardzo zły obrót. Nie jesteśmy pewni, kto za tym wszystkim stoi. Zaatakowano Niemców, wystrzelono rakiety w budynki rządowe, na ulicach są podkładane miny – to są bardzo źli ludzie.” 

Według Almas, sytuacja staje się wyraźnie gorsza podczas nocy, kiedy to policja ogranicza swe działania do promienia 4 km od centrum dystryktu. Kiedy pytamy dlaczego policja nie patroluje całego obszaru, Almas tylko się śmieje.  “Pozostawiamy to Bogu” - odpowiada.

Lokalni mieszkańcy cierpią z powodu nieobecności patroli policji, która pozostawia ich na łasce Talibów. Mohammad Omer, 48-letni rolnik z Chak, powiedział Institut for War and Peace Reporting (IWPR), jak został zatrzymany przez Talibów, kiedy wyszedł w nocy, by nawodnić pola: “Zapytali co robię. Odpowiedziałem, że jestem rolnikiem. Wtedy stwierdzili, iż nie powinienem nosić latarki. Radzili mi sprawdzić czy nie mam dużej lampy, w innym razie mogą mnie wziąć za policjanta i zastrzelić.” 

Sayed Wali, lat 28 mieszkaniec dystryktu ma dość słabości rządu. “Talibowie mówią ludziom: “Nie współpracujcie z rządem, nie wysyłajcie dziewcząt do szkoły”. Napadają na  transporty ropy w biały dzień, ostrzeliwują samochody. Jednak nikt w centrali dystryktu nie zwraca uwagi na nasze skargi.”

Gul Rahman lat 36, także z Saidabad, mówi, że odszedł z posady rządowej po tym jak otrzymał serie pogróżek I teraz pracuje jako kierowca taksówki.  “Bałem się, że mnie zabiją” – opowiada. “Talibowie noszą sale sądowe w swych kieszeniach. Kiedy uznają, że jesteś winny po prostu wyciągają z nich nóż i ścinają ci głowę.” 

Wahidullah Amani jest stażystą i reporterem IWPR w Kabulu. 

Tłumaczenie: Andrzej Kaniewski

 


Copyright by © 2006 by e-polityka.pl - Pierwszy Polski Serwis Polityczny. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.