 |
|
..:: Polityka
|
 |
|
 |
|
..:: Inne
|
 |
|
|
Liderzy PO i PiS rozpoczynają brutalną walkę o wyborcę. Czy po długiej i męczącej kampanii wyborczej czeka nas powtórka z rozrywki i fiasko kolejnego POPiS-u? W ostatnich dniach kampania wyborcza wyraźnie nabiera tempa. Sztaby największych partii już od kilku tygodni zwierają szyki, przygotowując się do walki o głosy Polaków. Tymczasem na wojenną ścieżkę wyborczą wstępują premier Jarosław Kaczyński i przewodniczący PO, Donald Tusk.
Po sobotnich, niezwykle agresywnych wystąpieniach w Warszawie i Gdańsku, można zauważyć, że obaj politycy zaatakowali z niezwykle wysokiego pułapu. Z jednej strony padają posądzenia PiS o zdradę i kłamstwa, z drugiej zaś zarzuty wobec PO o ochronę spuścizny III RP i chronienie agentów. Sobotnie wydarzenia stanowią zwiastun tego, co czeka nas w ciągu najbliższych miesięcy. A czeka nas niezwykle brutalna i nieprzyjemna kampania, w której najważniejszym epizodem będzie walka na inwektywy pomiędzy PO a PiS. Trudno w związku z tym oczekiwać rzeczowej, konstruktywnej debaty, jakiej wymagalibyśmy od polityków obu partii.
Wydawało się, że w ostatnich miesiącach nastąpiło pewne ocieplenie na linii PO-PiS. Świadczyło o tym zaprzestanie wzajemnych ataków oraz wspólne poparcie dla skrócenia kadencji Sejmu, ogłoszone po spotkaniu Donalda Tuska z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Samo spotkanie zostało zgodnie uznane za wyraz dobrej woli obu stron i być może początek nowych stosunków między tymi partiami. Wówczas wielu Polaków żywiło nadzieję, że „dżentelmeńska umowa” pomiędzy prezydentem a przewodniczącym PO przyniesie koalicję w nowym parlamencie, a co za tym idzie także upragnioną stabilizację. Wydaje się, że pomysł POPiS, na który w 2005 roku swój głos oddała ponad połowa wyborców, w obliczu marginalizacji partii populistycznych i niewielkiej popularności lewicy, wciąż cieszy się znaczącym poparciem społecznym.
Mam jednak poważne wątpliwości, czy czołowi politycy obu partii mają świadomość tego faktu. Wydaje się, że Donald Tusk, brutalnie atakując PiS, uwierzył, że mało prawdopodobna wizja samodzielnych rządów PO jest w istocie realna. Poza tym Platforma ma w pamięci rok 2005, kiedy przegrała wybory na ostatniej prostej, unikając agresywnej retoryki w odpowiedzi na zarzuty ze strony PiS. Teraz nie zamierza popełnić tego błędu, czego przykładem są sobotnie wystąpienia. I jak nietrudno przewidzieć, kampania wymknie się w stronę oskarżeń, pomówień, szantaży, które od dwóch lat stanowią nieodłączny element naszej politycznej rzeczywistości, a których wszyscy chcielibyśmy uniknąć.
Były premier Kazimierz Marcinkiewicz w wywiadzie dla Dziennika z 16 sierpnia br. słusznie stwierdził, że polityki nie można robić, cały czas patrząc wstecz. I mamy prawo od liderów obu partii wymagać konstruktywnej i racjonalnej dyskusji bez nieustannego brnięcia w rozliczenia. Traktuję tę opinię byłego premiera jako głos rozsądku. Polacy potrzebują pragmatycznej i merytorycznej debaty, w której PO i PiS obok programowych różnic, wyeksponują te kwestie, które łączą oba ugrupowania i które można w niedalekiej przyszłości wspólnie osiągnąć. Kampania powinna być toczona w atmosferze szacunku, mając na uwadze nikłe prawdopodobieństwo pełnego zwycięstwa i samodzielnych rządów jednej partii. Z drugiej strony niemalże pewne jest to, że dwa największe obecnie ugrupowania zgarną w nadchodzących wyborach główną pulę i trzeba będzie ponownie zmierzyć się z wizją POPiS. Dziwi zatem albo krótkowzroczność liderów PO i PiS, albo nadmierny optymizm, który rodzi w nich przekonanie o pełnym zwycięstwie swojej partii.
W najbliższych dniach będziemy obserwować wzrost niekontrolowanej fali wzajemnej niechęci. Wygląda na to, że nikt tu nogi nie odstawi i do dnia elekcji nowego parlamentu będziemy świadkami tej nieeleganckiej, rozemocjonowanej przepychanki. A gdy przyjdzie dzień formowania nowego rządu, może się okazać, że powstałe podczas kampanii wyłomy okażą się nie do przeskoczenia. Czołowi politycy prawicy w emocjonalnym rozgrzebywaniu różniących zaszłości utopią kolejną szansę na zbudowanie stabilnej, prawicowej koalicji. Niedługo potem rozpocznie się wielkie przekonywanie Polaków, że to przeciwnik zerwał rozmowy, że brak porozumienia to nie nasza wina i w zaistniałej sytuacji jesteśmy zmuszeni rządzić z innymi. Skąd my to znamy?
Obym się mylił.
|
|
|
 |
|
|
 |
Wasze komentarze |
 |
| |
|
walka PO [ 1 ]
|
(~obserwator, 17-10-2007 12:04) |
|
Opis: Widzimy teraz o co walczy PO -o własny bisnes i pieniądze dla siebie, a Ty uczciwie pracujący wyborco możesz tylko zastanawiać się czy oddając głos teraz nie doprowadzisz (kogoś) do koryta i robienia kasy krzywdą krzywdą takich jak My.
|
|
Lenin wiecznie żywy
|
(~msz, 30-08-2007 15:35) |
|
Opis: Tylko to mi się kojarzy z odgrzewanym kotletem w postaci POPiS. Zacznijmy od początku. Kampania wyborcza - PiS nie przebiera w środkach atakując "przyjaciół z platformy". Próba sformowania koalicji - PiS nie pozwala na to by PO miała jakikolwiek resort tzw. "siłowy". Pytanie - czy PiS i jego wyborcy chcieli POPiS? Od początku widać, że nie. O ile jeszcze wyborcy PO mniej lub bardziej życzliwie na to patrzyli to i kampania, i formowanie koalicji pokazało, że to nie jest polityczny plan Kaczyńskich. Kolejne dwa lata to tylko pokaz cynizmu ze strony Kaczyńskiego, który za nic nie potrafi wziąć odpowiedzialności. Myślę, że czas najwyższy porzucić złudzenia. PiS nie chce koalicji z PO, bo to nie leży w jego politycznym interesie. Wyborcy PO też nie chcą koalicji z PiS, bo nikt normalny nie chciałby rządzić z ludźmi, którzy tak ewidentnie nadużywają władzy.
I w końcu najważniejsze - jaka prawicowa koalicja? PiS ma w sobie tyle z prawicy ile bolszewia z komunizmu. Kontrola państwowa, rozdawnictwo pieniędzy (choćby umowa z Solidarnością; nota bene, co to za prawicowa partia, która kuma się ze związkiem zawodowym, wymysłem ruchów socjalistycznych). Prof. Jan Winiecki słusznie powiedział, że mamy u władzy raz lewicę bezbożną, raz lewicę pobożną. Jeśli więc mowa o koalicji prawicowej to PO jest raczej pozbawiona koalicjanta.
|
|
O POPiS i być może nadmiernej brawurze
|
(~Kosior, 29-08-2007 11:16) |
|
Opis: obecnie ciężko by było przeprowadzić takie badanie, ponieważ wydaje się że elektorat PiS zdecydowanie zmienił swoje oblicze połykając wyborców LPR, którym wizja POPiS rzeczywiście jawi się jak diabłu święcona woda. W mojej opinii wiekszosc wyborców PiS sprzed lat popierała (gorąco, umiarkowanie ale jednak) ten pomysł, a nawet jeśli nie, to miała świadomośc że taki mariaż powstanie, o czym świadczyła przez długi czas kampania wyborcza (mówie o jej wstępnym okresie,kiedy z obu stron padały życzliwe słowa i gesty). Pisząc "ponad połowa" miałem na myśli 26 % pisu i 24% PO które z dziesiętnymi procentami dawały ok. 51%. Być może zbyt brawurowo użyłem tego sformułowania i dałem dobry pretekst do kontrargumentu ówczesnym przeciwnikom takiej koalicji. a co do tego czy obecnie popieram POPiS? nie odpowiem jednoznacznie. Trzeba jednak rozważyć wszystkie rozwiązania, a tych po wyborach może nie być wiele
pozdrawiam
|
|
Kto wygra te wybory - krótka refleksja o małej manipulacji.
|
(~el_ard, 29-08-2007 09:33) |
|
Opis: Każdy komu choć od czsu do czasu zdarza się czytać publikowane sondaże badania opinii publicznej mające odpowiedzieć na pytanie, jakie byłyby rzekomo wyniki "gdyby wybory odbyły się dzisiaj", zorientował się, że coś w tych przewidywaniach jest nie tak. Nie trudno zauważyć, że poziom frekwencji wpływa na wynik wyborów. Ludzie zadowoleni, o w miarę dobrej sytuacji materialnej, raczej w wyborach nie uczestniczą (chyba, że jakoś szczególnie interesują się polityką). Natomiast w sondażach odpowiadają, że "chyba pójdą na wybory" i przedstawiają swoje preferencje wyborcze (najczęściej są to partie centrowe). Wyniki sondaży odnoszą się do frekwencji 55%, 60%, a nawet do 70%. Tymczasem frekwencja wyniesie ok. 45% (te 45% to osoby odpowiadające w sondażach, że "na pewno pójdą na wybory"). Dlaczego więc nie są również publikowane wyniki badania opinii publicznej przy założeniu frekwencji ok.45%, w których partie centrowe nie byłyby przeszacowane, a przeciętny człowiek mógłby się dowiedzieć, jakie na prawdę byłyby wyniki, gdyby wybory odbyły się dziś.
P.S.
I jeszcze uwaga do artykułu (gdyż powyższe było raczej mało nawiązujące do artykułu).
Rozumiem, że autor jest i był zwolennikiem koalicji POPiS. Ale to nie uprawnia go do pisania nieprawdy. Na pewno część wyborców, którzy w 2005 roku głosowali na PO była za koalicją POPiS (ale tylko część). Wystarczyłoby jednak przeprowadzić uczciwe badanie opinii publicznej, żeby dowiedzieć się, że większość wyborców PiS była przeciwna koalicji z partią liberalną. Natomiast, że wyborcy pozostałych partii nie głosowali na kolicję POPiS to chyba oczywiste. Pisanie więc, że w 2005 roku ponad połowa wyborców oddała swój głos na pomysł POPiS jest nieprawdą.
|
|
|
|
|
|