Jeśli pokusić się o rozpisanie ogólnoświatowego konkursu na potencjalnie najbardziej zapalny punkt naszego globu, to właśnie ten niewielki skrawek Azji Wschodniej miałby ogromne szanse zdystansować wszystkich rywali i zająć niechlubne pierwsze miejsce. Obszar ten nasycony jest zbrojeniami zdecydowanie ponad miarę. Wzdłuż 38º równoleżnika, który z linii demarkacyjnej stał się faktyczną granicą pomiędzy Koreańską Republiką Ludowo Demokratyczną a Republiką Korei, stoją naprzeciw siebie dwie potężne armie. Strona północna dysponuje co najmniej milionem żołnierzy, około 6,5 tys. czołgów, blisko 20 tys. sztuk artylerii i moździerzy oraz bardzo dużymi (choć trudnymi do dokładnego oszacowania) zasobami rakiet. Większość tego potencjału rozlokowana jest w pasie przygranicznym, dobrze ukryta w trudnodostępnym, górzystym terenie i w każdej chwili gotowa do ataku. Po stronie południowej stacjonują mniej liczebne, ale nowocześniejsze siły zbrojne, w tym około 700 tys. żołnierzy, 3,5 tys. czołgów i wozów pancernych oraz co najmniej 1000 nowoczesnych rakiet.
Jednakże zbrojenia konwencjonalne to tylko część problemu. Od kilku lat wiadomo na pewno, że Phenian dysponuje możliwością produkcji ładunków nuklearnych oraz rakiet do ich przenoszenia. Biorąc pod uwagę nieprzewidywalność i nieustępliwość północnokoreańskiego reżimu, zagrożenie taktycznym użyciem broni jądrowej jest jak najbardziej realne.
Ale to jeszcze nie wszystko. Półwysep Koreański nie jest polem rozgrywki wyłącznie dwóch graczy. Układ sił i interesów jest o wiele bardziej złożony – Republika Korei, to obok Japonii najważniejszy sojusznik USA w tej części świata. Razem te trzy państwa tworzą jeden z biegunów strategicznej równowagi. Drugim biegunem jest Chińska Republika Ludowa, wytrwale budująca pozycję regionalnego – i docelowo globalnego lidera. Trzeci punkt ciężkości to Federacja Rosyjska, mająca niewątpliwie bardzo wiele do powiedzenia w kwestii balansu sił w regionie. Wszystko to razem wzięte tworzy skomplikowany system naczyń połączonych, w którym jakikolwiek ruch jednej ze stron musi wywołać reakcje innych. W związku z tym faktem, rozwiązanie problemu wydaje się być bardzo odległe w czasie, o ile w ogóle możliwe.
W tym miejscu trzeba się zastanowić nad istotą „problemu koreańskiego” – na pierwszy rzut oka, chodzi tu jedynie o zjednoczenie dwóch krajów, zamieszkiwanych przez jeden naród, a sztucznie rozdzielonych w następstwie zimnowojennej rywalizacji ZSRR i USA. Ale to tylko pozory – realnym i pierwszorzędnym problemem jest wyścig zbrojeń w tej niewielkiej części świata, a to czy Korea stanie się jednym państwem schodzi na plan dalszy.
Istotą zjednoczenia jako takiego jest połączenie elementów w większą całość. W przypadku państw – zjednoczenie oznacza połączenie co najmniej dwóch dotychczas istniejących jednostek geopolitycznych w nowy byt państwowy. Zastanówmy się jednak, komu byłaby na rękę zjednoczona Korea?
Z punktu widzenia południowych Koreańczyków oznaczałoby to wielkie kłopoty: konieczność wykarmienia i utrzymania milionów swoich braci z północy, gigantyczną operację przebudowy anachronicznej infrastruktury, ale przede wszystkim niezwykle trudną próbę asymilacji zindoktrynowanego ideologią „dżucze” społeczeństwa. To olbrzymi ciężar, którego rząd w Seulu jest jak najbardziej świadomy. Dlatego celem na najbliższe lata nie jest zjednoczenie, ale stopniowa przebudowa Północy i „dopasowywanie” jej do ewentualnego, przyszłego procesu unifikacji. Osiągnąć to można jedynie przez współpracę z Phenianiem. Konfrontacja nie wchodzi w rachubę.
Zakładając hipotetycznie, że rządu obu zwaśnionych sąsiadów doprowadzą w końcu do zjednoczenia, czy ten fakt uzdrowiłby sytuację geostrategiczną w tej części świata?
Kwestią zasadniczą jest to, czy zjednoczona Korea będzie kontynuatorką polityki sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi? Można być pewnym, że głośne NIE dla takiego rozwiązania wyrazi rząd w Pekinie. Również Rosja nie byłaby zadowolona ze wzmocnienia strategicznej pozycji Stanów Zjednoczonych w regionie. Gdyby dla odmiany, rząd „nowej” Korei wyrzekł się sojuszu z Amerykanami – podkopało by to w sposób zasadniczy pozycję tego mocarstwa w Azji Wschodniej, a przy okazji wywołało zaniepokojenie w Japonii, gdzie antypatia wobec Koreańczyków jest faktem społecznym i politycznym. Na taki stan rzeczy Waszyngton nie będzie chciał się zgodzić.
Wnioski jakie stąd płyną są dwojakie. Po pierwsze, ani Republice Korei, ani żadnemu z regionalnych mocarstw nie zależy na szybkim zjednoczeniu, bo skomplikowałoby to jedynie stosunki w tej części świata. Najbardziej pożądana byłaby denuklearyzacja Półwyspu Koreańskiego połączona z ograniczeniem zbrojeń. Zadowalałoby to elity rządzące KRLD, gdyż zachowałyby władzę, Południe nie musiałoby obawiać gigantycznych kosztów utrzymania, modernizacji i asymilacji z częścią północną, natomiast pozostałe państwa obecne w regionie zachowałyby stan równowagi sił, przy okazji unikając groźby konfliktu Drugi, bardzo smutny wniosek dotyczy mieszkańców Północy – tak naprawdę to właśnie oni są stroną potencjalnie najbardziej zainteresowaną zjednoczeniem, gdyż uzyskaliby w ten sposób możliwość normalnego życia w normalnym państwie. Niestety, wszystko wskazuje na to, iż przyjdzie im poczekać bardzo długo na zmianę swojej sytuacji.